fbpx

800 km na południe Polski. Dzień 7: Wieliczka – Sromowce Wyżne – Szczawnica, 150 km

To już ostatni dzień całej wyprawy! Przy kryzysowym piątym dniu, który najbardziej dał się nam wszystkim we znaki, ten ostatni zapowiadał się najciekawiej i chyba najprzyjemniej. Po pierwsze dlatego, że przyzwyczailiśmy się już do wysiłku, a pogoda nam sprzyjała. Po drugie dlatego, że za sobą mieliśmy już bardzo imponujący dystans i całą masę przydatnych w jeździe doświadczeń. Po trzecie dlatego, że sukces był już na wyciągnięcie ręki…

Piątkowy, ostatni etap wyprawy rozpoczęliśmy o godzinie dziesiątej. Ten dzień był najchłodniejszym z wszystkich, to jednak nam w ogóle nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, jazda w chłodnym i rześkim powietrzu dobrze wpływała na zmęczone już mięśnie i dotyczyło to całej naszej trójki. Od razu po wyjeździe z hotelu skierowaliśmy się w stronę Gdowa, wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 966 o – jak się okazało – bardzo dużym natężeniu ruchu. Ta właśnie droga, pełna wzniesień, pokazała zalety elektrycznego wspomagania w rowerze. O ile pokonanie wzniesień nadal wymagało dużego wysiłku ze strony rowerzystów, to jednak 250 watów wspomagania pozwalało utrzymać prędkość nie mniejszą niż 20 km/h. Nie tylko przekładało się to na mniejsze wyczerpanie jazdą, ale też zwiększało ogólne bezpieczeństwo ruchu drogowego. Jazda w takich warunkach nie należy jednak do zbyt komfortowych, więc staraliśmy się czym prędzej wyjechać poza najbardziej uczęszczany odcinek tej drogi.

Za Gdowem ruch się zmniejszył, a w dodatku przed nami coraz częściej widać było piękne, górskie krajobrazy. To był także początek coraz częstszych podjazdów, które mimo elektrycznego wspomagania, były bardzo wyczerpujące dla rowerzystów. Tego dnia widać było ewidentnie plusy elektrycznego monocykla – ten bez żadnych problemów pokonywał wzniesienia, które od rowerzystów wymagały solidnego wysiłku. Dla elektrycznego monocykla nie stanowiło różnicy to, czy trzeba wjechać pod górkę o dwudziestoprocentowym wzniesieniu, czy zjechać w dół podobnie nachylonym zboczem. W przeciwieństwie do elektrycznych rowerów, monocykl podczas takiego zjazdu odzyskiwał energię hamowania, ładując swój akumulator. Chwilami ten był ładowany prądem rzędu 10 amperów, a moc hamowania wynosiła ponad 800 watów.

Gdy już wyjechaliśmy z podkrakowskich terenów, ruch na drodze mocno zelżał. Nie powiem, jechało się przyjemnie. Słońce, którego próżno byłoby szukać na porannym niebie, coraz częściej wyglądało zza rozpraszających się chmur. Mimo, że powietrze nadal było chłodne i rześkie, to promienie czerwcowego słoneczka przyjemnie ogrzewały nasze policzki. Zaś wokół nas… kurcze pióro, ale widoki! Nic tylko jechać! A ponieważ tym razem rowerzyści wieźli ze sobą zapasowe baterie, mogliśmy sobie oszczędzić długich postojów na ładowanie. Zanim się obejrzeliśmy, dotarliśmy do Tarnawy. To miejsce było początkiem coraz większych wzniesień czekających na nas na trasie przejazdu.

Z pierwszym z takich wzniesień musieliśmy się zmierzyć właśnie zaraz za Tarnawą. Jego zapowiedzią był znak A-23 „Stromy podjazd” z tabliczką T-9 o treści… „17 %”. Maciek skomentował to soczystym „O ku**a…”, a po chwili usłyszałem dźwięk łańcuchów zrzucanych przerzutką na kolejne, coraz większe blaty kasety. Moi rowerzyści rozpoczęli w ten sposób mozolne wspinanie się pod górę z prędkością 10 km/h. Po trzech kilometrach dotarliśmy na szczyt w miejscowości Stare Rybie, skąd roztaczał się piękny widok. Piękny, bo był to widok drogi prowadzącej dalej w dół. Niestety, radość nie trwała zbyt długo. Przed miejscowością Piekiełko skręciliśmy w prowadzący wąską drogą skrót. Ten, jak się po chwili okazało, po chwili zmienił się w bardzo stromy podjazd o nachyleniu 25 %. Tu Maćka bateria odmówiła posłuszeństwa – po przejechaniu 42 kilometrów przyszedł czas na drugą.

Niedługo później, chwilę przed godziną trzynastą i po przejechaniu 46 kilometrów trasy wjechaliśmy do Tymbarka. To stosunkowo nieduże miasteczko znane jest przede wszystkim z soków oraz… napisów znajdujących się pod kapslami tychże 🙂 To chyba właśnie ten chwyt marketingowy rozsławił firmę z Tymbarka, bo raczej nie ma w Polsce nikogo, kto otwarciu butelki nie zaglądałby pod spód kapsla. Tymbark okazał się bardzo ładnym miejscem, jednakże nie planowaliśmy tu żadnego postoju. Maciek ledwo zmienił baterię, Ola ciągle jeszcze miała spory zapas energii, podobnie zresztą jak ja. Ustaliliśmy, że na dłuższy postój zatrzymamy się po czternastej. Opuściliśmy więc Tymbark by zmierzyć się z wjazdem na Przełęcz Słopnicką – najwyższy punkt całej wyprawy, położony około 750 metrów nad poziomem morza. Czekał nas żmudny podjazd o długości prawie dziesięciu kilometrów. Tym razem nachylenie sięgało ledwo 10 %, ale długość wjazdu i tak zrobiła swoje. Gdy już pokonaliśmy wzniesienie, przekazałem moim towarzyszom informację „Najbliższe kilka kilometrów prosto” po czym… pognali przed siebie w dół zbocza. Gdy spotkaliśmy się ponownie, była już prawie czternasta – czas najwyższy na dłuższy odpoczynek, obiad i ładowanie akumulatorów. Mapa Google wskazała nam, że znajdującym się w pobliżu i cieszącym się dobrymi opiniami gości była Restauracja Dworska w Kamienicy. Tam spędziliśmy ponad dwie godziny, a taki jeden to mógł się nawet solidnie wyspać 🙂

Po godzinie szesnastej ruszyliśmy dalej. Czekały nas ostatnie kilometry trasy – najpierw do granicy ze Słowacją. Tam oficjalnie kończyła się wyprawa, która zaczęła się siedem dni wcześniej wyjazdem spod gdańskiej fontanny Neptuna. To połączenie symbolu Króla Mórz z górską granicą Polski i Słowacji było zwieńczeniem całego planu. Planu pokazania, że zastosowania i możliwości elektrycznego monocykla dalece wykraczają poza krótkie, miejskie podróże z domu do pracy. Po osiągnięciu celu wyprawy trzeba było jeszcze dojechać do miejsca odpoczynku, jakim była uzdrowiskowa Szczawnica. A im bliżej celu, tym większe parcie by jak najszybciej do niego dotrzeć i nie dać szans pechowi na to, by stanął nam na drodze tuż przed finiszem.

Niedługo po opuszczeniu Kamienicy wjechaliśmy w dolinę Dunajca, która raz jednym a raz drugim brzegiem tej górskiej rzeki prowadziła nas w kierunku Krościenka nad Dunajcem. Tam skręciliśmy w kolejną tego dnia, bardzo uczęszczaną drogę prowadzącą do Nowego Targu. Chwilę po wyjechaniu z Krościenka zrobiliśmy sobie jeszcze kwadrans przerwy i ruszyliśmy dalej. Chwilę później skręciliśmy w lewo, z ulgą opuszczając ruchliwą szosę. Wjechaliśmy w wijącą się pod górę drogę, która u szczytu odsłoniła nam przepiękne widoki na Jezioro Sromowieckie i okoliczne góry. Ostatnie kilometry to była już jazda z górki. Dotarliśmy na koronę tamy elektrowni wodnej Sromowce Wyżne by później skręcić w lewo i po około trzystu metrach dotrzeć do celu. Mieliśmy przed sobą graniczne znaki, za którymi kończyła się Polska a zaczynała Słowacja.

Udało się!

28 czerwca 2019 roku o godzinie 18:12 dotarliśmy do celu. Licząc tylko trasę, której początkiem była fontanna Neptuna w Gdańsku a końcem granica między Polską a Słowacją, pokonałem 828 kilometry na jednym kole elektrycznego monocykla. Ogółem, w czasie tej wyprawy przejechałem ponad 857 kilometrów. Przejechanie tego dystansu zajęło mi w sumie 38 godzin ciągłego balansowania na dwóch małych podnóżkach elektrycznego monocykla. Od czterech i pół do prawie siedmiu godzin dziennie. W większości po asfaltowych i w miarę równych drogach. W niemałej części także po dziurach, bruku, kamieniach, trawie i piasku czy żwirze.

Zrobiłem to mając na sobie cały czas 15-kilogramowy plecak i „nerkę”, w których znalazło się wszystko to, co było mi potrzebne na trasie. Resztę kupowałem na miejscu. Mój elektryczny monocykl King Song KS-18XL okazał się niezawodnym towarzyszem podróży, który nie zawiódł mnie ani razu i bezpiecznie dowoził tam, gdzie tylko chciałem dotrzeć. Nie straszne mu były góry i doliny. Nie straszny był upał, w którym posłuszeństwa odmówił „pancerny” telefon CAT S60.

Ta wyprawa nie byłaby dla mnie tak przyjemna gdyby nie towarzystwo moich przyjaciół. Ich obecność to kolejny przykład, że mogę liczyć na ich wsparcie w nawet najbardziej nietypowych wyzwaniach i przygodach. W tej ekipie zawsze wszystko się udaje, więc sukces mojej wyprawy mogę w dużej mierze zapewniać wyśmienitemu towarzystwu. Dlatego dziękuję bardzo Ani, Oli i Maćkowi za to, że kolejny raz byli ze mną.

Dziękuję także mojej rodzinie, a w szczególności żonie i córkom. Zabrałem Wam sporo czasu, który zajęło mi przygotowanie do wyprawy, a mimo to wspierałyście mnie nie tylko przed wyprawą, ale także w jej trakcie. Tobie Kasiu dziękuję za cierpliwość i zrozumienie, że czasem muszę sobie gdzieś na tym kółku wyskoczyć… 🙂

Dziękuję też wszystkim Wam za uwagę, dodające otuchy komentarze i przychylne serca. A jeśli byli tacy, którzy życzyli mi źle, to przepraszam ich za rozczarowanie.

W najbliższym czasie postaram się zebrać wszystkie doświadczenia i podzielić się z Wami tym, co uważam za istotne. Będą to informacje ważne zarówno dla monocyklowych nowicjuszy, jak i dla doświadczonych użytkowników. Zapraszam do polubienia Facebookowego profilu „Na jednym kole” oraz do regularnego odwiedzania niniejszego bloga. Tym bardziej, że przede mną kolejne jednokołowe wyprawy. Do zobaczenia!

Szczegółowy zapis ostatniego, siódmego dnia wyprawy można znaleźć tutaj –
https://euc.world/tour/576270604293199