fbpx

Przejechałem 339 kilometrów w trzy dni. Część 2.

W pierwszy weekend kwietnia odbyłem trzydniową wyprawę na Kaszuby i Kociewie. Na jednym kole przejechałem 339 km. Teraz dzielę się z Tobą swoimi wrażeniami oraz doświadczeniami i radami, które mogą przydać się nie tylko elektrycznemu monocykliście.

Troszkę minęło od pierwszej części relacji z trzydniowej podróży, w której przejechałem 339 kilometrów na jednym kole elektrycznego monocykla. Nie sądziłem, że napisanie drugiej części mojej relacji zajmie mi tak wiele czasu. Czasu, którego jednak nie zmarnowałem, gdyż ostatnie tygodnie poświęcałem na rozwój serwisu euc.world. Serwis ten ma być monocyklowym odpowiednikiem Stravy lub Endomondo i – jak się okazuje – zdobywa coraz większą popularność na całym świecie. A żeby było mało, równolegle rozwijam świetny program jakim jest WheelLog. Także ta praca jest doceniana przez wielu, nie tylko dzięki funkcji powiadomień i alarmów głosowych, ale także dzięki wielu bardzo wygodnym funkcjom i tłumaczeniom na wiele języków. Tak, tak. Moja wersja WheelLoga jest w języku polskim!

Wróćmy jednak do kwietniowej wyprawy, podczas której wspólnie z Olą i Maćkiem przejechaliśmy Kaszuby i Kociewie. Wiecie już, że pierwszy dzień zakończyliśmy w Hotelu Notera w Charzykowych. Był to bardzo miły i relaksujący pobyt, jednakże jak każda przyjemność, tak i ten relaks musiał zakończyć się gdyż czekała nas kolejna część trasy. Po śniadaniu zapakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem kierując się w stronę Warlubia.

Sobota, 6 kwietnia 2019

Ledwie ruszyliśmy spod hotelu jak po kilkuset metrach jazdy wypatrzyła mnie grupka lekko „wczorajszych” młodzieńców. Widziane z daleka kółko wydało się jednemu z nich podobne do Segway’a, więc krzyknął, że chciałby się przejechać. Ja odkrzyknąłem, że „to nie są takie proste rzeczy”… i pojechałem dalej. Nie ujechaliśmy jednak zbyt daleko – torba zamocowana na bagażniku Oli roweru miała wielką ochotę przewalić się na bok, po części pakując się w szprychy koła. Jako najszybszy jechałem z tyłu, aby rowerzyści nie musieli mnie gonić. Dzięki temu widziałem co się dzieje i zanim torba zrobiła to co chciała, my już kombinowaliśmy jak poskromić jej zapędy i znaleźć solidniejszą metodę mocowania. Jednak w tym czasie rozentuzjazmowani młodzieńcy dotarli do nas by się ostatecznie przekonać, że to jednak nie jest Segway. Że z bliska dwa koła zlały się w jedno i że z wypitego piątkowo-sobotniej nocy alkoholu zostało w żyłach na tyle mało, że rozsądek przeważył nad ułańską fantazją. Nie było więc prób dosiadania koła, za to miło porozmawialiśmy sobie chwilkę i niedługo po tym ruszyliśmy w dalszą trasę. Z Charzykowych do Chojnic prowadzi praktycznie na całej długości przyzwoita droga dla rowerów (a przynajmniej ciąg pieszo-rowerowy). Dość szybko dotarliśmy więc do Chojnic i równie szybko z nich wyjechaliśmy, kierując się w stronę Tucholi.

Drugi dzień jazdy zaserwował nam wiatr czołowy, mimo to jechało się całkiem przyzwoicie. Nie mogło to jednak pozostać bez wpływu na kondycję akumulatora w maćkowym rowerze. Mając już doświadczenia po pierwszym dniu, jeszcze w Charzykowych zaplanowaliśmy postój na odpoczynek i ładowanie w Tucholi. W efekcie po przejechaniu 35 kilometrów zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej Orlen, w której przesympatyczna obsługa wskazała gniazdka. Bez przeszkód mogliśmy więc podłączyć się do ładowania. W przeciwieństwie do rowerzystów, bateria mojego King Songa KS-18XL miała jeszcze spory zapas energii. Mimo to i ja swoje kółko podłączyłem do ładowania, wierny zasadzie „będąc na trasie ładuj się przy każdej możliwej okazji”.

Kierunek: Tleń!

Po około godzinnym przystanku na ładowanie i kawę pożegnaliśmy Mirelę i Miłosza ze stacji Orlen, by ruszyć w dalszą podróż. Kolejnym przystankiem zaplanowanym na dłuższy odpoczynek i ładowanie miał być – a jakże – Przystanek Tleń. Tym razem wiedzieliśmy, że jesteśmy tam mile widziani i że znajdzie się tam gniazdko i miejsce. Wystarczyło tylko przejechać kolejne trzydzieści kilometrów.

Niedługo za Tucholą skręciliśmy w lewo, by wjechać w dużo mniej ruchliwą, za to znacznie bardziej malowniczą drogę do Cekcyna. Mimo nienajlepszej nawierzchni, monocykl nie miał żadnych problemów z napotykanymi dziurami czy koleinami. Jechało się więc dobrze, a zapach lasu i piękno Tucholskiego Parku Krajobrazowego rekompensowały wszelkie niedogodności nawierzchni. Muszę uczciwie przyznać, że pod względem widokowym to trasa drugiego dnia była najbardziej atrakcyjną. Nie bez znaczenia było także to, że wiodła z dala od ruchliwych dróg. Mało tego, natrafiliśmy nawet na dość długo odcinek na którym leżał praktycznie nowy asfalt, a na całej długości minął nas może jeden czy dwa samochody. Relaks na całego!

Po godzinie jazdy wjechaliśmy na teren Wdeckiego Parku Krajobrazowego. Stąd już tylko kilometry dzieliły nas do „Przystanku Tleń”, który osiągnęliśmy cztery i pół godziny od wyjazdu z Charzykowych. „Przystanek Tleń” to bardzo klimatyczne miejsce – można tu przenocować, można dobrze zjeść, można też napić się warzonego na miejscu, wyśmienitego piwa. Piwa, z którego zresztą „Przystanek Tleń” (tym razem jako browar) jest znany w całej Polsce. Gdy Ola i Maciek demontowali bagaże i akumulatory, ja już wszedłem do środka. Restauracja była pełna, co zresztą nie powinno dziwić. Renoma miejsca, weekend i piękna, wczesnowiosenna pogoda to sprawdzony patent na tłok. Na szczęście widok faceta z dziwacznym urządzeniem przy boku nie pozostawiał wątpliwości – „ooo, to ten cudak na jednym kole, który wczoraj na Facebooku odgrażał się, że nas odwiedzi”. Zobaczywszy mnie, przemiła pani z czarującym uśmiechem zaprosiła mnie do środka i wskazała miejsce. Mogliśmy spokojnie usiąść, „rozpłaszczyć się” i podłączyć bateryjki do ładowania.

Czas postoju w Tucholi był za krótki na to, aby naładować Maćka baterię do pełna. Do Tlenia przyjechał więc na oparach, a żeby dokończyć podróż „ze wspomaganiem”, konieczne było przedłużenie naszego pobytu w Tleniu. Mój monocykl został podłączony do ładowania „na wszelki wypadek”, gdyż zapas energii i tak wystarczał na dotarcie do sobotniego celu podróży. Ponieważ z Tlenia do Rulewa zostało jedynie 20 kilometrów, nie musieliśmy się zanadto spieszyć. Spokojnie zjedliśmy, Ola pobawiła się w kolorowanki, a ja przypomniałem sobie o istnieniu regionalnego specjału jakim są… ruchanki z fjutem.

Spieszę wyjaśnić – nie jest to forma aktywności fizyczno-emocjonalnej jak by się niektórym mogło wydawać. Ruchanki to rodzaj racuchów, a geneza nazwy jest dość banalna. Robi się je bowiem z ciasta, które najpierw musi zostać odpowiednio wyrobione, czyli w tutejszej mowie „wyruchane”. Fjut zaś to melasa, którą zastępowano kosztowny miód, dawniej drogi i niedostępny dla uboższych mieszkańcom regionu.

Ostatnie kilometry sobotniej podróży

Po dwóch godzinach wypoczynku nadeszła pora by ruszyć w ostatnią część sobotniej podróży. Ostatnie dwadzieścia kilometrów pokonaliśmy na spokojnie, wiedząc że nie dopadnie nas zmrok. Ta część obfitowała za to w podjazdy i zjazdy, które na kółku w ogóle nie robiły wrażenia. Zdecydowanie trzeba przyznać, że King Song KS-18XL to monocykl o doskonałej dzielności, który jest niezawodnym towarzyszem w dalekiej podróży po bardzo różnych trasach i nawierzchniach. Nie było to dla mnie zdziwieniem, gdyż mając już na koncie kilka tysięcy kilometrów przejechanych na KS-18L wiedziałem, że „ikselką” też dojadę wszędzie. Szczególnie z baterią o pojemności 1554 Wh, czyli 50 % większą niż w modelu „L”.

Nie minęło półtorej godziny a już byliśmy u celu. Noc z soboty na niedzielę spędziliśmy w Pałacu „Hanza” w Rulewie. Jest to piękny obiekt, który można by polecić, gdyby… No właśnie. Pozytywne wrażenie wywołane pięknem pałacu oraz jego otoczenia dość szybko prysło. Nie zdziwił mnie brak windy w skrzydle pałacu, w którym znajdowały się pokoje gościnne. W tego rodzaju obiektach dąży się bowiem do zachowania oryginalnego stylu i „wpasowanie” urządzenia jakim jest winda mogłoby to zepsuć, o ile w ogóle byłoby możliwe. W takich przypadkach jednak obsługa zapewnia wniesienie bagaży, a przynajmniej osobom o ograniczonej mobilności. Niestety byliśmy świadkiem, jak będąca gościem starsza, schorowana pani zmuszona była targać swoje bagaże na trzecie piętro. Niesmak pozostawił także fakt, że próbowano mi sprzedać pakiet pobytowy „nocleg i zabieg SPA” w cenie, która była znacząco wyższa niż suma za te same usługi zakupione osobno, poza pakietem. Poranne śniadanie też dalece odbiegało od urozmaiconego i smacznego śniadania z Hotelu Notera. Rulewo pożegnaliśmy więc bez szczególnego sentymentu, za to tym bardziej doceliniśmy wrażenia, jakie pozostawiła w nas wizyta w Starych Polaszkach, Charzykowych i w Tleniu.

Niedziela, 7 kwietnia 2019

W niedzielę rano wyruszyliśmy w ostatnią część drogi. Tym razem już buż bez Oli, która w sobotę wieczorem wróciła do domu ze względu na niedzielne obowiązki zawodowe. Plan był taki, że skierujemy się do Grodziska Owidz, w którym tego dnia odbywał się jak co roku Jarmark Wielkanocny. Zanim jednak dojedziemy do Owidza, będziemy się „ładować” w Skórczu, oddalonym o około 35 kilometrów od miejsca startu. Z Rulewa dość szybko dotarliśmy do Warlubia i dalej, poboczem drogi wojewódzkiej nr 214, kontynuowaliśmy podróż w stronę Skórcza. Ten odcinek drogi był doskonałym dowodem na to, że wyposażone w silnik elektryczny urządzenia transportu osobistego są zdolne do bezpiecznego poruszania się poboczami dróg na takich samych zasadach, jakie obowiązują rowery. Mam nadzieję, że zostanie to dostrzeżone także w Ministerstwie Infrastruktury, które obecnie pracuje nad nowelizacją ustawy Prawo o ruchu drogowym.

Po niecałych dwóch godzinach dotarliśmy do Skórcza, gdzie mieliśmy nadzieję zrobić przerwę na odpoczynek i ładowanie. Niestety, napotkaliśmy na pierwszą i jedyną jak dotąd stację Orlen, na której – przynajmniej w tamtym momencie – nie było warunków by usiąść i się podłączyć. Po chwilowym postoju i krótkiej pogawędce z sympatycznymi motocyklistami którzy również zatrzymali się na tej stacji, postanowiliśmy poszukać miejsca na ładowanie bliżej centrum Skórcza. Z każdym kolejnym kilometrem malały jednak szanse na doładowanie i ostatecznie wyjechaliśmy ze Skórcza bez ładowania i odpoczynku. Cóż – przedsezonowa niedziela w niedużym miasteczku… Dla mnie to nie był problem, bo prądu w baterii miałem bardzo dużo. Gorzej było z Maćka rowerem, w którym bateria była na wykończeniu. Mimo to postanowiliśmy jechać dalej. Maciek uznał, że przecież jedzie rowerem. Mimo braku prądu są jeszcze pedały, a sił w nogach nie brakuje. Gdy sobie wytłumaczyć, że coś robi się dla zdrowia i lepszej kondycji, to łatwiej idzie przełknąć brak wspomagania w rowerze o masie ponad 20 kilogramów 🙂

Ładuj przy każdej możliwej okazji!

To jest właśnie przykład jak bardzo ważne jest ładowanie przy każdej nadarzającej się okazji. Nigdy nie wiadomo, czy zaplanowane na trasie ładowanie się uda. Przekonałem się o tym podróżując na monocyklu (tym razem była to „elka” z baterią 1036 Wh) w okolicach Krynicy-Zdroju. Zaplanowałem trasę, która wiodła z tego uzdrowiskowego miasta do Muszyny, skąd następnie miałem jechać do przejścia granicznego w Leluchowie. Z Leluchowa wracałem do Muszyny, by następnie skierować się do Tylicza skąd ostatecznie miałem wrócić do Krynicy. Trasa była elementem przygotowania do czerwcowej wyprawy z północy na południe Polski. Oszacowałem, że bez problemu dojadę do Tylicza, w którym „na pewno znajdę miejsce do doładowania, bo to przecież całkiem spore i popularne wśród turystów miasto”. Zgodnie z szacunkami do Tylicza dojechałem bez problemu, mając jeszcze rezerwę na jakieś 10-15 kilometrów. Tam jednak okazało się, że z racji odwilży stoki pokryły się zielenią i oczekiwanych turystów-narciarzy już nie było. A skoro nie było turystów, to i wszystkie restauracje były zamknięte na głucho. Szczęśliwie, po kilku kilometrach jeżdżenia po miasteczku znalazłem jedyne czynne miejsce – restaurację „Pokusa”, która była otwarta chyba tylko dlatego, że oferowała pizzę z dowozem. Dzięki uprzejmości sympatycznych gospodarzy mogłem się doładować, zjeść bardzo smaczny i niedrogi obiad, by po godzinie ruszyć dalej i spokojnie dotrzeć do Krynicy. Gdybym jednak nie znalazł tej restauracji, to musiałbym chyba żebrać o prąd po okolicznych domostwach…

Wróćmy jednak na Kociewie. Tak więc wyjechaliśmy ze Skórcza kierując się w stronę Starogardu Gdańskiego. Szacowałem, że do Owidza dojadę z zapasem energii na poziomie 50 %. Znałem to miejsce i wiedziałem, że jest tam restauracja w której będę mógł się doładować. Jak się później okazało, nie wziąłem jednej rzeczy pod uwagę, ale o tym za chwilę. Ze Skórcza do Owidza nie jest daleko, więc przejechanie tych dwudziestu kilometrów nie zajęło nam zbyt wiele czasu. I to mimo faktu, że Maciek większą część drogi przejechał bez wspomagania. Prąd w akumulatorze skończył się mu krótko za Skórczem…

Dojechaliśmy do Grodziska Owidz, a tam… tłumy! No tak, nikt nie pomyślał, że wielkanocny jarmark to przecież bardzo popularna atrakcja, której dodatkowo sprzyjała wspaniała pogoda. Okazało się, że w restauracji nie było szans na znalezienie miejsca, nie było też szans na podłączenie się do prądu tak, by móc pilnować pozostawionego tam sprzętu – ładowarek, akumulatora roweru i monocykla. Po krótkim postoju Maciek wpadł na pomysł – jedziemy do Starogardu, do Browaru Kociewskiego. Tam zjemy, odpoczniemy i się doładujemy!

Jak zostało powiedziane, tak zostało zrobione. Na szczęście cel naszej podróży nie był odległy, a moje szacunki po raz kolejny się sprawdziły, podobnie jak zasada uwzględnienia poza tymi szacunkami dodatkowej, „żelaznej rezerwy” energii. Na miejsce dojechałem mając jeszcze około 40 % baterii. W Browarze Kociewskim odpoczęliśmy, zjedliśmy i naładowaliśmy nasze kółka – ja swoje jedno, Maciek swoje dwa. Tym razem musiałem poczekać aż moje kółko naładuje się do pełna, bowiem czekała mnie droga powrotna do Gdańska. Tą chciałem pokonać bez dalszych postojów na ładowanie, z tego powodu nasz postój w Browarze Kociewskim potrwał dwie godziny.

Przed nami pozostała już ostatnia część całej, trzydniowej podróży – powrót do domu. Dla Maćka, który mieszka pod Starogardem, były to ostatnie kilometry. Dla mnie do przejechania pozostało ich jednak ponad sześćdziesiąt. Mimo to postanowiłem wydłużyć sobie trasę i towarzyszyć Maćkowi w większej części jego drogi do domu. W ten sposób z Starogardu Gdańskiego dojechaliśmy razem do Semlina, w którym uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie. Maciek był już praktycznie w domu, podczas gdy ja miałem jeszcze 45 kilometrów do przejechania.

Jadąc już sam, mogłem przede wszystkim nieco przyspieszyć. Jadąc za rowerzystami musiałem dostosowywać prędkość do ich prędkości o tyle, że tam gdzie jechali wolniej, wolniej jechałem także ja. Natomiast na zjazdach, gdy rozpędzali się nawet do 40 km/h i więcej, ja nie przekraczałem 25 km/h. W efekcie nasza prędkość zmieniała się wraz z ukształtowaniem terenu. Gdy jechałem już sam, ukształtowanie terenu nie miało żadnego wpływu na prędkość koła, która zawsze była równa. Widać to doskonale na wykresie prędkości w zapisie trzeciego dnia wyprawy. Do 73 kilometra widać, że prędkość była zmienna (oczywiście pomijając zatrzymania na odpoczynek). Po 73 kilometrze wykres prędkości jest praktycznie płaski. Aha – niech nie dziwi Cię to, że na stronie zapisu trasy prędkości koła sięgają 30 km/h zamiast wspomnianych powyżej 25 km/h. Monocykle King Song zawyżają wskazania prędkości (oraz przejechanego dystansu) o jakieś 20 %, co zresztą widać na samym wykresie. Kolorowa linia prędkości mierzonej za pomocą GPS jest proporcjonalnie niższa od brązowej linii prędkości wskazywanej przez sam monocykl.

Pozostałe do domu 45 kilometrów przejechałem więc w niecałe dwie godziny, na miejsce docierając z zapasem ok. 15 % baterii i zamykając trzydniową pętlę o łącznym dystansie 339 kilometrów, pokonanych na jednym kole elektrycznego monocykla King Song KS-18XL. Było to niezapomniane przeżycie, w towarzystwie niezawodnych przyjaciół i przy świetnej pogodzie, mimo wczesnowiosennej jeszcze pory. Monocykl nie zawiódł, nie zawiodłem też i ja, planując trasę i szacując zużycie prądu. Ta wyprawa była ostatecznym sprawdzianem przed czerwcową wyprawą na południe Polski. Sprawdzianem nie tylko dla mnie, ale i dla Oli oraz Maćka. Razem przejedziemy ponad 800 kilometrów w siedem dni. Oni na dwóch, ja na jednym kółku.

Szybka ładowarka to jest to!

Część wniosków z tej wyprawy znajdziesz w pierwszej części relacji. Tym razem skupię się na jednym, ale chyba najważniejszym. Otóż po tej wyprawie wiem już jedno – dalej zajedziesz mając szybką ładowarkę niż duży akumulator. Oczywiście to bardzo uproszczony wniosek. Im mniejszy akumulator, tym mniejszym prądem można go ładować, a więc w jednostce czasu „wlejemy” do baterii mniej kilometrów zapasu. Akumulator dużej pojemności posiada więcej równoległe połączonych ciągów ogniw, przez co prąd ładowania może być większy, jako że będzie on rozkładał się w miarę równo na większą ilość ogniw. Można przyjąć, że we współczesnych monocyklach stosowane są ogniwa o pojemności 3,5 Ah. Ich zalecany prąd ładowania wynosi zwykle około 1,5 – 2 A. Taki prąd nie ma negatywnego wpływu na żywotność ogniwa. Bateria monocykla King Song KS-18XL zbudowana jest z ogółem 120 ogniw, połączonych w sześć równoległych łańcuchów po 20 ogniw na łańcuch. Oznacza to, że taką baterię można w teorii ładować prądem 9 A (6 * 1,5 A) bez ryzyka, że w ten sposób nasza bateria ulegnie uszkodzeniu czy nawet szybszemu zużyciu. Napisałem w teorii, bo w praktyce maksymalny prąd ładowania mogą ograniczać podzespoły jakie zastosowano w elektronice monocykla. W przypadku monocyklu KS-18L/XL producent określił maksymalny prąd ładowania na poziomie 10 A. Co to oznacza? Że w ciągu godziny ładowania takim prądem zyskujemy ponad 30 kilometrów zasięgu (dla jeźdźca o masie całkowitej 90 kg i prędkości jazdy 25 km/h). Dla porównania podam, że standardowa ładowarka jaką otrzymuje się w zestawie z monocyklem ma wydajność prądową 1,5 A…

Duży akumulator to więcej kilometrów do pierwszego przystanku na ładowanie. Później o zasięgu decyduje wyłącznie to, z jaką prędkością możemy doładować baterię monocykla. Jaka jest więc różnica pomiędzy KS-18L a KS-18XL? Trzydzieści kilometrów. Tak, tylko trzydzieści kilometrów! To oczywiście cenne kilometry, ale o tym ile kilometrów można przejechać w ciągu całego dnia zadecyduje wyłącznie to, jaka ładowarka będzie w Twoim plecaku. Jeśli standardowa, to przez godzinę ładowania wlejesz raptem pięć kilometrów dalszej jazdy. Jeśli użyjesz ładowarki 5 A, to z pięciu kilometrów zrobi się już ponad piętnaście kilometrów. Ale ładowarka 10 A to trzydzieści. Pięć, piętnaście, trzydzieści. jednocześnie w godzinę przejeżdżasz dwadzieścia pięć kilometrów…

Niedługo temat szybkich ładowarek zostanie poruszony ponownie. Tym razem w formie poradnika krok po kroku, jak przerobić zwykłą ładowarkę 84 V / 10 A na ładowarkę z regulacją prądu ładowania i pomiarem parametrów. Do zobaczenia niebawem!