fbpx

Elektryczny monocykl

Poniedziałek, kwadrans po siódmej. Siedzisz w samochodzie na drodze, którą codziennie jeździsz do pracy. No dobrze, przesadzam - głównie stoisz, bo zakorkowane drogi i zapchane skrzyżowania nie pozwalają na to, co zwykło się nazywać jazdą. Cokolwiek nie wymyślisz, pokonanie marnych dziewięciu kilometrów zajmie Ci czterdzieści pięć minut. Ot, codzienna droga do pracy, z zapowiedzią popołudniowej powtórki z rozrywki. Nagle kątem oka widzisz, jak chodnikiem biegnącym wzdłuż ulicy ktoś śmiga. Obracasz głowę i widzisz jak mija Cię facet jadący... na jednym kole!

Jedzie płynnie, sprawnie, bez wysiłku i całkiem szybko. Ten widok wzbudza najpierw zainteresowanie, w końcu pierwszy raz widzisz kogoś na tak egzotycznym wynalazku. Zaraz jednak pojawia się myśl – a może to byłoby rozwiązanie dla mnie? Tylko czym tak naprawdę jest owo urządzenie? Ile kosztuje? Jaki ma zasięg? Czy jestem w stanie nauczyć się na nim jeździć? Czy to w ogóle bezpieczne?

Ta historia wydarzyła się naprawdę. To jest moja historia. Widok człowieka na jednym kółku który za nic ma korki spowodował, że zacząłem poważnie zastanawiać się nad wyborem podobnego rozwiązania. Wcześniej jeździłem już Segway’em, więc idea urządzeń samobalansujących była mi znana. Obawiałem się tylko, że zanim opanuję jazdę na jednym kole, to zdążę poznać cały personel oddziału traumatologii w miejscowym szpitalu. Mając to na uwadze uwagę skupiłem na hicie wśród komunijnych prezentów – hoverboardzie. Dwa kółka, można stanąć w miejscu – jak na Segway’u! Doszło nawet do tego, że wybrałem dla siebie urządzenie na tyle poważne, aby nadawało się nie tylko do zabawy przed domem, ale i do poruszania się po mieście – Kawasaki KX-PRO 10.0A. Do zakupu jednak nie doszło, gdyż według testów i opinii użytkowników realny zasięg wynosić miał niecałe dziesięć kilometrów wobec deklarowanych dwudziestu. Nie uśmiechała mi się perspektywa pokonywania ostatniej mili z huwerbordem pod pachą. Chwilę później nadeszła zima, idea porzucenia czterech kółek została odłożona na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Zima nie trwała jednak zbyt długo, a już na pewno nie w mojej głowie – tak się składa, że korki najbardziej dokuczają właśnie w tym okresie. Powróciła więc pierwotna idea, by jednak spróbować swoich sił na jednym kole. Pomyślałem sobie: – Skoro inni potrafią to mi się też musi udać! Z nastawieniem na „musi udać” zaczytywałem się w zagranicznych forach, oglądałem filmy na YouTube, przeglądałem polskie, aczkolwiek mocno ograniczone zasoby wiedzy na ten temat. Ostatecznie podjąłem decyzję wybierając monocykl King Song KS-16D. Wybrałem, zamówiłem w jednym z polskich sklepów internetowych, zapłaciłem. Po raptem dwóch dniach wielki karton dotarł do mnie, a ja nie mogąc czekać dłużej przystąpiłem do ujeżdżania.. to znaczy do nauki. Po tygodniu prób, porażek i sukcesów odbyłem swoją pierwszą podróż do pracy i tak już jest do dzisiaj. Pokonanie dziewięciu kilometrów zajmuje mi teraz dwadzieścia pięć minut.

Elektryczny monocykl zawiezie Cię tam, gdzie chcesz. Na przykład w Bieszczady.

Czym jest i jak działa elektryczne kółko?

Elektryczny monocykl to tak zwane urządzenie transportu osobistego. Do tej grupy zalicza się także hulajnogi, deskorolki, wrotki, rolki, hoverboardy czy Segway’e. Cechą wspólną ich wszystkich jest to, że zasadniczo służą przemieszczaniu się jednej osoby. Oczywiście każde z tych urządzeń ma jednak swoją unikalną specyfikę i nie inaczej jest z elektrycznym kółkiem. Po pierwsze jest to urządzenie zasilane i napędzane elektrycznie. Oznacza to, że poruszanie się elektrycznym kółkiem nie wymaga szczególnego wysiłku, co jest korzystne dla osób które z różnych przyczyn nie mogą lub nie chcą poruszać się urządzeniami napędzanymi siłą mięśni. Podobnie jak Segway czy hoverboard, jest to urządzenie samobalansujące. Nie oznacza to jednak, że staniemy sobie na kółku w miejscu. Elektronika monocykla stabilizuje nas tylko w jednej osi, więc na kółku tak jak na rowerze – aby się nie przewrócić na bok, trzeba jechać.

W przeciwieństwie do takich urządzeń jak Segway czy hooverboard, tutaj sterujemy tylko i wyłącznie balansem własnego ciała. Żadnych kierownic, drążków, pilotów czy kontrolerów! To jest jedna z kluczowych cech, a jednocześnie zalet tego urządzenia. Dzięki niej jazda na nim staje się niezwykle intuicyjna i naturalna, bo przecież jednym z pierwszych zmysłów jakie doskonalimy w życiu niemowlęcym jest zmysł równowagi. Tak potrzebny do tego, aby mały brzdąc mógł stanąć na nogach i postawić pierwsze kroki, ku uciesze rodziców a zmartwieniu starszego rodzeństwa. Przenosisz ciężar ciała do przodu aby ruszyć czy przyspieszyć. Przenosisz ciężar do tyłu, aby zwolnić, stanąć miejscu lub… zacząć jechać do tyłu. Wychylasz się na bok, aby wejść w zakręt. Jeśli masz narciarskie doświadczenia, to na kółku bardzo szybko poczujesz się jak na stoku. Czasami spotykam się z pytaniami: – Do czego najbardziej można przyrównać jazdę na kółku? O ile nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi, to jednak jazda na kółku i jazda na nartach mają ze sobą wiele wspólnego. Z tego zresztą powodu wielu narciarzy w lecie jeździ na kółku, przedłużając sobie w ten sposób sezon oraz podtrzymując kondycję. Bo jazda na kółku wcale nie musi być pozbawiona wysiłku…

Elektryczny monocykl to urządzenie o bardzo prostej konstrukcji i równie prostej zasadzie działania. Tak naprawdę jedynym jego zadaniem jest utrzymywanie się w pionie, a co za tym idzie powierzchni pedałów w poziomie. Pedałów, które służą jako podest na którym stoi osoba jadąca kółkiem. Jeśli przeniesiemy ciężar ciała do przodu, to stopy będą dociskać przednią część pedału i w konsekwencji odchylać cały monocykl od pionu wytrącając go z równowagi. Elektroniczny układ sterujący na podstawie informacji z czujników (akcelerometrów i żyroskopów) wykryje to pochylenie i będzie próbował przywrócić równowagę przemieszczając się do przodu. Jest to tzw. odwrócone wahadło (ang. inverted pendulum). Dokładnie tak samo działa też człowiek – na podstawie informacji z błędnika mózg steruje mięśniami w taki sposób, aby ciało zachowało równowagę. Dlatego właśnie gdy pokonać pierwsze trudności, jazda na elektrycznym monocyklu staje się tak intuicyjna i prosta, a co za tym idzie przyjemna. Po prostu wykorzystujemy zdobywane od urodzenia nawyki i umiejętności.

W porządku, wiemy już dlaczego na jednym kole możemy zachować równowagę wzdłużną – dba o to nasz własny zmysł równowagi w połączeniu z elektroniczną stabilizacją w monocyklu. Tak naprawdę nauka to zgrać jedno z drugim. A co z równowagą na boki? Tę zachowujemy w analogiczny sposób jak na hulajnodze, rowerze czy każdym innym jednośladzie – znowu potrzebna jest nasza własna równowaga oraz prędkość postępowa. Jak już nauczyć się jazdy do przodu, to skręcanie przychodzi samo.

Elementem napędowym jest silnik wbudowany w obręcz (felgę), na której zamontowano standardowe, rowerowe ogumienie. Najczęściej spotyka się koła o rozmiarze od 14″ do 18″, ale bywają monocykle z mniejszymi lub większymi kołami. Do osi silnika zamontowane są pedały na których podczas jazdy stoi użytkownik. Do pedałów mocowana jest obudowa kółka, w której montuje się elektroniczny układ sterujący oraz akumulator. Wiele urządzeń wyposażonych jest w dodatkowe akcesoria – oświetlenie, uchwyty do wygodnego przenoszenia lub prowadzenia kółka czy nawet stereofoniczne głośniki Bluetooth. Monocykl nie posiada tradycyjnych hamulców jakie znamy z roweru, co jednak nie znaczy,  że jazda z górki kończy się na cmentarzu. Hamowanie odbywa się poprzez przeniesienie ciężaru ciała do tyłu (dokładnie odwrotnie niż przy przyspieszaniu), co powoduje że silnik zmienia się w prądnicę i zamienia energię kinetyczną w energię elektryczną, która doładowuje akumulator. Hamowanie odzyskowe (rekuperacyjne) to kolejna zaleta elektrycznych monocykli i jedno ze źródeł ich wyjątkowej efektywności energetycznej. Elektryczny monocykl w zależności od stylu jazdy i warunków zewnętrznych zużywa średnio 12-20 Wh energii na każdy przejechany kilometr.

Modele ze średniej półki pozwalają na jazdę z prędkością 25-30 km/h oraz zasięg realny rzędu 30-40 km (np. King Song KS-16S, Inmotion V8 i V10). Modele z górnej półki pozwalają na jednym ładowaniu przejechać 60 km (Inmotion V10F, King Song KS-18L). Są też takie, które osiągają ponad 100 km (Gotway Monster). Dodatkowo, droższe modele pozwalają osiągać prędkości rzędu 40 km/h i więcej, aczkolwiek nikt rozsądny nie będzie jeździł tak szybko. Praktycznie każdy monocykl jest w stanie przyjąć na pokład pasażera o słusznej masie – 120 kg to typowy limit obciążenia, ale są monocykle gotowe na zawodników o masie całkowitej 150 kg. Normą jest także możliwość konfigurowania wielu parametrów kółka za pośrednictwem dedykowanej aplikacji mobilnej. Nie jest ona jednak potrzebna do szczęścia, a już na pewno nie do jeżdżenia. Jeśli jesteś jednak maniakiem statystyk, wykresów czy analiz, to Twoje kółko i w tej kwesti da Ci szczęście oraz poczucie zaspokojenia.

No dobra, a ile to kosztuje?

Niestety, jak mawiał Ferdynand Kiepski, to nie są tanie rzeczy. Najtańsze monocykle można nabyć za cenę rzędu  1500 zł, cena najdroższych modeli potrafi znacznie przekroczyć 10 000 zł. Oczywiście, spora różnica w cenie to także spora różnica w jakości i możliwościach elektrycznego kółka. Airwheel X3 to jeden z najtańszych modeli, kosztujący 1499 zł. Niestety, za niską ceną idą niskie parametry – prędkość maksymalna 18 km/h oraz akumulator o pojemności 132 Wh (watogodzin), co przekłada się na zasięg realny na poziomie ok. 8 km. Jego jedyną zaletą poza ceną jest relatywnie niska masa, ale zasięg ogranicza w praktyce zastosowanie tego kółka do zabawy czy nauki. Nie idź tą drogą i żeby Ci do głowy nie wpadło, że kupisz takie kółko do nauki.

Producenci elektrycznych jeździdeł mają zwyczaj podawania zawyżonych zasięgów swoich urządzeń. W przypadku kółek wystarczy podzielić pojemność akumulatora wyrażoną w Wh przez 20, a otrzymasz realny zasięg w kilometrach. Mniej dokładną, ale prostszą metodą jest podzielenie deklarowanego przez producenta zasięgu na pół. 

W cenie 2299 zł można kupić model bWheel U8, który względem poprzedniego różni się większym, bardziej uniwersalnym rozmiarem koła (16″ zamiast 14″) oraz większą baterią – tu mamy 264 Wh, co przekłada się na realny zasięg rzędu 15 km. To jednak nadal niewiele, więc tą drogą też nie podążaj. Tym bardziej, że przy odrobinie szczęścia można kupić przyzwoity monocykl używany, dokładając kilkaset złotych więcej.

Tak naprawdę ceny godnych uwagi modeli rozpoczynają się od kwoty około 3800 zł. Za tyle można kupić sprawdzony i lubiany przez użytkowników monocykl King Song KS-14D z baterią o pojemności 420 Wh. Pozwoli Ci to przejechać ponad 20 km na jednym ładowaniu, a maksymalna prędkość to 30 km/h. Jeśli dołożysz kolejne 600 zł, to możesz kupić mocniejszą wersję KS-14S. Dzięki baterii 680 Wh oferuje ona znacznie większy zasięg ponad 30 km. Dokładając kolejne kilkaset złotych wchodzimy w świat porządnych, monocykli w rozmiarze koła 16″. Uważane za najbardziej uniwersalne, są częstym wyborem wśród osób szukających swojego pierwszego monocykla. Nie ma co się dziwić – 16″ to „złoty środek”, będący dobrym kompromisem pomiędzy lekkością, zwinnością i dynamiką małego kółka, a komfortem, mocą i zasięgiem dużego. Za około 5400 zł możesz więc już kupić model King Song KS-16S z baterią 680 Wh (taką samą jak w KS-14S), za nieco ponad 6100 zł wersję z baterią 840 Wh. W segmencie „szesnastek” warto wspomnieć o modelu Inmotion V10F, który oferuje baterię o pojemności aż 960 Wh za cenę prawie 7400 zł. Idąc wyżej z budżetem mamy do dyspozycji modele osiemnastocalowe, będące już kółkami dla bardziej doświadczonych i świadomych jeźdźców – to prawdziwe krążowniki. Nie oznacza to jednak, że 18″ nie może być Twoim pierwszym kółkiem, tudzież kółkiem do wszystkiego. Zagadnieniu wyboru pierwszego monocykla poświęcę niebawem osobny wpis, proszę Cię więc o odrobinę cierpliwości.

W tym miejscu zakładam, że troszkę zabiłem Twój entuzjazm cenami urządzeń. To jednak spory wydatek (chociaż zawsze można kupić na raty). Ostatecznie za 4000 zł można kupić elektryczny rower, a za połowę tej ceny przyzwoitą, elektryczną hulajnogę. W jednym z kolejnych wpisów porównam plusy i minusy każdego z tych rozwiązań. Teraz wspomnę tylko, że eksploatacja kółka to koszt 50-70 gr za każde przejechane 100 km i to licząc według zużycia energii pobranej przez ładowarkę z gniazdka. Poza tym kółkiem pojedziesz praktycznie wszędzie tam gdzie rowerem, za to roweru nie wniesiesz swobodnie do restauracji, sklepu, pociągu czy autobusu. Zrobisz to ze składaną hulajnogą, ale nią znowu nie wjedziesz tam, gdzie dotrze rower czy kółko. Pamiętaj – typowe 16″ kółko to pół roweru BMX z oponą o szerokości nie mniejszej niż 2,125″… Tak więc nie powinno dziwić, że przy odrobinie techniki wjedziesz tym praktycznie wszędzie. Ja mam kółko i rower. Jeśli chcę się upodlić z bananem na ustach, sięgam po X-Calibra. W pozostałych wypadkach wybieram kółko. Samochód stoi pod domem i jego głównym zadaniem jest rdzewienie tarcz hamulcowych. Czasem jednak potrzeba zabrać rodzinę na weekend w SPA, tudzież przywieźć tonę zakupów. Tego nie potrafi ani kółko, ani rower, ani hulajnoga. Wówczas tarcze nabierają lustrzanego blasku.

Brzmi ciekawie, tylko czy dam radę się nauczyć?

Niewątpliwie łatwiej nauczyć się jeździć na hulajnodze, bez dwóch zdań. Monocykl elektryczny jest niby urządzeniem samopoziomującym, nie znaczy to jednak, że można stanąć na nim jak na Segway’u czy hooverboardzie. Istnieje  wprawdzie monocykl który tak naprawdę ma dwa kółka (tyle, że połączone razem – stąd nadal jest to monocykl) i teoretycznie można na nim stanąć w miejscu. Mowa oczywiście o Airwheel Q3, ale tą drogą też nie idź. Korzyści są niewielkie, a minusów cała masa. Jeśli jednak umiesz jeździć na rowerze, łyżwach czy nartach, to nauczenie się jazdy na monocyklu elektrycznym jest zwykle kwestią kilku dni, poświęcając każdego dnia godzinę na naukę.

Są zawodnicy, którzy załapali jazdę w jeden dzień. Są tacy, którym zeszły dwa tygodnie aby wreszcie „kliknęło” – rany, jadę! Na pewno nie słuchaj zapewnień sprzedawców, że to proste jak drut i w dwie godziny będziesz jeździć. Będziesz, albo nie. Narzucanie sobie presji tylko pogorszy sprawę. W moim wypadku zajęło mi to cztery dni aby nauczyć się ruszać przy podporze i jechać prosto bez utraty równowagi, zatrzymując się na końcu w mniej lub bardziej elegancki sposób. Czwartego dnia potrafiłem już skręcać szerokim łukiem w lewo, aczkolwiek w prawo przychodziło mi trudniej. Tego dnia przejechałem w sumie 16 km, czując na końcu olbrzymie zmęczenie oraz rosnące skrzydła. Kilka dni później miałem niegroźną wywrotkę, zaliczając jedną z najważniejszych w życiu lekcji – lekcję pokory. Późniejszy czas to już spokojne szlifowanie techniki i doskonalenie się w szczegółach, co zresztą trwa do dzisiaj.

Skoro więc ja potrafiłem, to Ty też dasz radę. Można uczyć się samodzielnie, można też spróbować poszukać w swojej miejscowości kogoś, kto podzieli się swoim doświadczeniem i pomoże w pierwszych krokach. Ideałem byłoby skorzystać z usług instruktora, który będzie dysponował własnym sprzętem, ale nie zawsze jest to możliwe. Na szczęście porządne monocykle potrafią przeżyć naprawdę wiele, wliczając w to stoczenie się z kilkudziesięciometrowego zbocza zakończonego u dołu – a jakże inaczej – samotnym drzewem, rosnącym dokładnie na trasie koziołkującego monocykla… Byłem, widziałem, przeżyłem ja i moje kółko.

Jeśli przejadą dwa koła, to jedno też da radę.

Właśnie… A co z bezpieczeństwem?

Jazda na monocyklu, jak każda aktywność związana z ruchem, może być niebezpieczna. Paradoksalnie niebezpieczeństwa te bywają mniejsze niż np. podczas jazdy rowerem. W pewnych obszarach istnieją jednak ryzyka które są specyficzne dla tego konkretnie sposobu przemieszczania się. Po pierwsze elektryczny monocykl to urządzenie techniczne, które może się popsuć w dowolnym momencie. Jego konstrukcja zapewnia mu bardzo dużą niezawodność oraz naprawdę imponującą wytrzymałość na różne wypadki. To poniekąd konsekwencja jego dość prostej konstrukcji mechanicznej oraz zastosowania w nim nowoczesnych rozwiązań elektronicznych. Stąd zresztą w dużej mierze bierze się cena.

Jednakże nie jest to gwarantem niezawodności i trzeba być przygotowanym na to, że coś pójdzie źle. A gdy coś pójdzie źle, to prędzej czy później wylądujemy na ziemi i do tego trzeba być przygotowanym. Tym czymś może być awaria. Praktyka pokazuje jednak, że dużo bardziej prawdopodobnym będzie upadek po najechaniu na leżącą na drodze gałąź czy zwyczajny błąd ludzki – nasz lub innego uczestnika ruchu. Kask i ochraniacze nadgarstków to podstawowe wyposażenie każdego rozsądnego jeźdźca. Ochraniacze na kolana i łokcie to także bardzo mądry wybór, szczególnie jeśli planuje się jeździć szybciej niż 25 km/h. Niektórzy decydują się nawet na kaski typu „full face” oraz ochronę stosowaną przez motocyklistów. Inwestycja w bezpieczeństwo zawsze będzie inwestycją dobrą, aczkolwiek ja wolę poświęcić prędkość na rzecz większej swobody w ubieraniu się, szczególnie latem. Kask i ochrona dłoni to jednak absolutne minimum, bez względu na wszystko.

Gdzie można jeździć elektrycznym monocyklem?

Na to pytanie można odpowiedzieć na dwa sposoby. Czym innym jest to gdzie monocykl może pojechać, czym innym gdzie mu wolno jeździć. W polskich realiach prawnych osoba poruszająca się monocyklem elektrycznym jest… pieszym. Oznacza to określone prawa i ograniczenia. Status pieszego oznacza, że po drogach monocyklem można się poruszać poboczem, w dodatku lewą stroną. Tak, wiem – brzmi to idiotycznie i jest kompletnie niebezpieczne. Monocyklista rozwija prędkości znacznie większe niż „pieszy” pieszy, więc w razie ewentualnej kolizji prędkość jego i pojazdu z naprzeciwka się sumują. Całkiem niefajna perspektywa. Niestety, jako pieszy, monocyklista nie może poruszać się drogami dla rowerów, co wydawałoby się najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. W końcu prędkość oraz charakterystyka ruchu rowerzysty i monocyklisty elektrycznego są bardzo podobne. Monocyklista może za to poruszać się chodnikami oraz przejeżdżać przez przejścia dla pieszych – także tym razem jedno i drugie rozwiązanie może być głupim pomysłem…

Ustawodawca dostrzegł te problemy już w 2016 roku, ba – nawet podjął działania mające na celu wprowadzenie urządzeń transportu osobistego na drogi rowerowe. Niestety, wrzucając wszystko do jednego worka i przygotowując niedopracowane konstrukcje prawne musiał ostatecznie ustąpić pod krytyczną presją środowisk rowerowych, w konsekwencji projekt upadł. To jednak kwestia czasu, a zanim to nastąpi najważniejszym prawem pozostaje zdrowy rozsądek, szacunek do innych uczestników ruchu i dbałość o bezpieczeństwo własne oraz innych. W praktyce oznacza to, że szanując rowerzystów i ich pierwszeństwo na drogach rowerowych nikt nie powinien robić nam problemów gdy będziemy spokojnie i bezpiecznie jechać prawą stroną drogi rowerowej.

Szutrowe, nierówne nawierzchnie nie są przeszkodą dla elektrycznego kółka.

Skoro liznęliśmy już niuanse prawa oraz rozumu, czas na ciekawsze zagadnienie – gdzie elektryczne kółko potrafi pojechać. A tu wielu może się solidnie zdziwić, gdyż nadal w opinii wielu osób elektryczny monocykl to tylko zabawka, ewentualnie jeździdełko do miasta, najlepiej na równe chodniki i drogi rowerowe. Z jednym się zgodzę – to naprawdę świetna zabawa, ale i niezły trening śmigać leśnym trailem, wzbudzając zaskoczenie mijanych rowerzystów. No cóż, single nie muszą być domeną rowerzystów MTB.

Elektryczny monocykl potrafi także sprawnie pokonywać strome wzniesienia – dla wielu elektrycznych monocykli dopiero nachylenie 25° czy nawet 30° stanowią problem. Asfalt, kostka brukowa, płyty jomb, szutry, kamienne górskie drogi, wreszcie kompletne bezdroża – wszędzie można pojechać. Jeśli tylko nie ma głębokiego błota czy kopnego piachu, to z odrobiną techniki można przejechać po wszystkim. A po wymianie opony i błoto nie straszne. Tak, elektrycznym monocyklem można pojechać w teren i mieć z tego fantastyczną zabawę. Zwykle jednak domeną kółka jest jazda w terenie zurbanizowanym i jeśli już gdzieś zobaczysz człowieka na elektrycznym monocyklu, to najczęściej tutaj.

10 % to dla kółka nie problem. Elektryczny monocykl potrafi pokonywać wzniesienia o nachyleniu przekraczającym 30 %.

Nie powiem, zaciekawiło mnie to!

Tym wpisem tylko pobieżnie przedstawiłem Ci to, czym jest monocykl elektryczny i czym może stać się dla Ciebie. Gdy piszę te słowa jest połowa listopada. Pogoda za oknem raczej nie rozpieszcza, więc wszyscy z tęsknotą oczekujemy rychłego nadejścia wiosny. Zanim to się jednak stanie, miną cztery miesiące. Ja oczywiście dalej będę poruszał się monocyklem doskonaląc zimową technikę jazdy. Poświęcę też sporo czasu aby konsekwentnie wzbogacać ten blog o kolejne wpisy dotyczące monocykli elektrycznych. Pojawią się porady dla początkujących i tych nieco bardziej zaawansowanych. Przedstawię podstawy, z których dowiesz się bardziej szczegółowo jak zacząć. Podzielę się opiniami na temat znanego mi sprzętu. Napiszę jak się ubrać, w co wyposażyć. Pochwalę się wrażeniami z moich podróży które odbywałem na monocyklu. Zdradzę tajniki dotyczące techniki jazdy. Słowem – będę tworzył blog o monocyklach elektrycznych. Zostań ze mną na dłużej i odwiedzaj ten blog regularnie. Zaglądaj także na profil na Facebooku, zasubskrybuj Twittera i kanał na YouTube.