481 kilometrów wzdłuż polskiego wybrzeża. W cztery dni ze Świnoujścia do Gdańska.

Zeszłoroczne wakacje rozpoczęły się dla mnie siedmiodniową wyprawą z północy na południe Polski. Podróż mająca swój początek u stóp gdańskiego Neptuna, zakończyła się w Pieninach, na polsko-słowackim przejściu granicznym w Sromowcach Wyżnych. Wówczas przejechałem ponad 850 kilometrów, a największym (i jedynym) rozczarowaniem tej wyprawy było to, że… się skończyła. Docierając na metę żałowałem, że to już koniec. Że za chwilę czeka mnie powrót do domu, do codziennych spraw, że skończyła się wielka przygoda. Z drugiej jednak strony cieszyłem się tym, że przygotowywana od miesięcy wyprawa udała się pod każdym względem. Poza wrażeniami pozostawiła sporo doświadczeń i pozwoliła myśleć o kolejnej, większej wyprawie.

Gdy dotarłem do mety wiedziałem, że kolejne wakacje także rozpoczną się wyprawą na jednym kole. Wtedy jednak nie miałem w głowie nawet zalążka planu. Sytuacja zmieniła się miesiąc później. Podczas wakacji spędzonych na Podlasiu miałem okazję pojeździć po tamtejszych odcinkach rowerowego szlaku Green Velo. Nie był to mój pierwszy kontakt z tą trasą, gdyż wcześniej podróżowałem jej warmińskimi fragmentami. Green Velo jest najdłuższym, oznakowanym i urządzonym szlakiem rowerowym w Polsce. Zaczyna się na wjeździe do Elbląga i kończy w Końskich, biegnąc przez tereny pięciu województw wschodniej Polski. Jej najdłuższy wariant liczy 1887 kilometrów. Przejechać całe Green Velo – to jest to!

O tej wyprawie napiszę w całkowicie osobnym artykule, ale aby już teraz zaspokoić Twoją ciekawość wspomnę, że wytyczona na mapie trasa będzie miała długość 1999 km, co w praktyce przełoży się na około 2100 – 2300 kilometrów jazdy. Podróż rozpocznie się w drugiej połowie czerwca wyjazdem ze stacji kolejowej Opoczno Południe, by po piętnastu dniach jazdy zakończyć w Gdańsku. Na szlak Green Velo wjadę w Końskich, by zjechać z niego w Elblągu – będę więc jechał „pod prąd”, od końca do początku. W połowie trasy czekał mnie będzie jeden dzień odpoczynku, cała wyprawa zajmie więc ogółem szesnaście dni.

Przejechanie ponad dwóch tysięcy kilometrów w piętnaście dni to spore wyzwanie. Oznacza to przeciętnie sześć godzin jazdy dziennie, nie licząc przerw. Nie ma co marzyć o takiej wyprawie bez uprzedniego przygotowania kondycyjnego. W zeszłym roku regularnie jeździłem na dziennych dystansach rzędu 60 – 170 km, aby przygotować swoje ciało do trwającego siedem dni wysiłku. W tym roku także zaplanowałem szereg dłuższych tras, które miały być częścią kondycyjnego przygotowania do dwutygodniowej trasy. Miały być, bo pandemia koronawirusa i wprowadzone w związku z nią ograniczenia sporo zmieniły. Zamknięto restauracje, które zawsze były głównym miejscem odpoczynku i ładowania w trasie. Zamknięto także hotele i inne miejsca, gdzie mogłem liczyć na nocleg. W pewnym momencie wydawało się, że pod znakiem zapytania stoi cała, letnia wyprawa szlakiem Green Velo. Na szczęście sytuacja zaczęła się normalizować na tyle wcześnie, aby móc podjąć przerwane wcześniej przygotowania.

Jednym z kluczowych elementów kondycyjnego przygotowania była trasa ze Świnoujścia do Gdańska. Licząca ponad 450 kilometrów wyprawa rozłożona została na cztery dni i pierwotnie miała się odbyć w ramach długiego, majowego weekendu. Niestety, w międzyczasie wybuchła epidemia i wprowadzony został zakaz działalności obiektów noclegowych. Brak możliwości noclegu na trasie zmusił mnie do odwołania tej wyprawy. Na szczęście jeszcze przed majówką gruchnęła wiadomość, że zaraz po majówce otwarte zostaną hotele. Odpadła więc jedyna przeszkoda, która uniemożliwiała ruszenie w zaplanowaną wzdłuż polskiego wybrzeża trasę. W międzyczasie udało mi się także namówić moich przyjaciół do towarzyszenia mi w tej wyprawie. Ola i Maciek, którzy na elektrycznych rowerach towarzyszyli mi podczas zeszłorocznej wyprawy, dali się namówić także teraz. Została więc już tylko szybka wizyta na Bookingu, aby zarezerwować noclegi dla naszej trójki.

Pierwotny plan zakładał, że do Świnoujścia dotrzemy pociągiem, by od razu po przybyciu na stację ruszyć na trasę pierwszego dnia wyprawy. Ponieważ nie było żadnego bezpośredniego połączenia Gdańska ze Świnoujściem, konieczna była przesiadka w Szczecinie. Tymczasem okazało się, że… nie ma możliwości kupna biletu na przewóz roweru. Mimo, że pociąg z Gdańska do Szczecina dysponował miejscami do przewozu rowerów, to jednak system rezerwacyjny PKP Intercity w ogóle nie oferował możliwości kupna biletu dodatkowego. Odpuściliśmy więc pomysł jazdy pociągiem i postawiliśmy na transport samochodowy. Ostatecznie w przeddzień wyprawy zapakowaliśmy siebie i wszystkie graty do busa i ruszyliśmy w drogę do Świnoujścia, gdzie spędziliśmy noc. Plusem takiego rozwiązania okazało się to, że następnego dnia rano mogliśmy ruszać w trasę wypoczęci.

Dzień pierwszy: Świnoujście – Kołobrzeg, 111 km

Poranek był dość chłodny, jako że w tym roku Zimni Ogrodnicy postanowili poszaleć nieco dłużej niż zawsze. Na szczęście czyste niebo nie przesłaniało słońca, które dość szybko podniosło temperaturę do komfortowego poziomu. Ze Świnoujścia do Międzyzdrojów jechaliśmy szerokim, asfaltowym poboczem drogi krajowej nr 3. Za Międzyzdrojami wjechaliśmy na drogę wojewódzką nr 102. Wiodąca przez Woliński Park Narodowy trasa prowadziła do Dziwnowa, gdzie przewidziany był pierwszy przystanek na odpoczynek i ładowanie. Tradycyjnie, ładowanie odbyło się na stacji Orlen, aczkolwiek w dość nietypowym miejscu, bo w… toalecie. Na szczęście nie jesteśmy wybredni, a prąd z wucetu ma tyle samo woltów, no i nie śmierdzi 🙂

Dalsza część trasy wiodła przez popularne, nadmorskie miejscowości wypoczynkowe – Dziwnówek, Pobierowo, Trzęsacz, Rewal czy Niechorze. Co nas uderzało, to kompletne pustki w miejscowościach, które normalnie pod koniec maja tętniłyby już życiem. Tymczasem pojedynczy turyści cieszyli się spokojem, a my niewielkim ruchem na drogach i chodnikach. Jechało się przyjemnie.

Jadąc samotnie utrzymywałbym prędkość średnią na poziomie 22-24 km/h (nie licząc postojów), jednakże mając towarzystwo rowerzystów musiałem dostosować się do ich prędkości. W efekcie, podobnie jak w zeszłym roku, jechałem ostatni. Ubrany w jaskrawą kurtkę i oświetlony jak choinka zamykałem stawkę, dbając o widoczność i bezpieczeństwo całej naszej trójki, a jednocześnie nie narzucając im swojego tempa jazdy. Mimo, że Ola z Maćkiem jechali na rowerach elektrycznych, to musieli maksymalnie oszczędzać energię w bateriach. Chodziło o to, że mając jedynie standardowe ładowarki musieliby dużo czasu spędzać na doładowanie, wydłużając czas postoju w trasie. Dlatego na większości odcinków trasy jechali z wyłączonym wspomaganiem, a jedynie na podjazdach włączali najniższy tryb wspomagania.

Spowodowane tym powolne tempo jazdy z jednej strony wydłużało czas, jaki spędzaliśmy w trasie, co przekładało się na większe zmęczenie. Z drugiej jednak strony wpływało na zmniejszone zużycie energii. Gdy po dotarciu do Kołobrzegu przejrzałem zapis mojej trasy w serwisie EUC World, okazało się, że byłbym w stanie przejechać całą trasę na jednym ładowaniu! To wymowny dowód na to, że ograniczenie prędkości jazdy w bardzo wymierny sposób przekłada się na większy zasięg. Przy średniej prędkości jazdy na poziomie 18 km/h zasięg mojego King Songa KS-18XL wyniósłby około 120 km. Tymczasem przy średniej prędkości jazdy na poziomie 26 km/h zasięg nie przekracza 90 km. W trasie te 30 km to znaczna różnica. Nie można jednak nigdy zapominać o tym, że na efektywny zasięg mają też wpływ warunki atmosferyczne (w szczególności wiatr), ukształtowanie terenu oraz rodzaj nawierzchni po której się jedzie.

Za miejscowością Pogorzelica odbiliśmy na południe, aby szerokim łukiem objechać wojskowe tereny 36 Dywizjonu Rakietowego Obrony Powietrznej. Tym samym wróciliśmy na drogę nr 102, by dojechać nią do Trzebiatowa. Oceniwszy, że mamy w bateriach wystarczający zapas energii na resztę trasy, zrezygnowaliśmy z szukania miejsca na odpoczynek i ładowanie. W Trzebiatowie wjechaliśmy na drogę nr 109, by niedługo po tym zjechać z niej na drogę dla rowerów, prowadzącą z Nowielic do Mrzeżyna. Poprowadzona szlakiem zamkniętej linii kolejowej, pozwalała cieszyć się gładkim asfaltem i malowniczymi krajobrazami. W ten sposób dość szybko dotarliśmy do Mrzeżyna, z którego już do samego Kołobrzegu jechało się wydzieloną drogą dla rowerów lub ciągiem pieszo-rowerowym. W Kołobrzegu ostatecznie zameldowaliśmy się po ośmiu godzinach od wyjazdu ze Świnoujścia, przy czym sama jazda trwała niecałe sześć godzin. Obiad, drobne zakupy, pranie odzieży i wieczorne lenistwo, a później to, co najważniejsze – całonocne ładowanie i odpoczynek przed kolejnym dniem.

Zapis trasy:
https://euc.world/tour/586726919173263

Dzień drugi: Kołobrzeg – Ustka, 131 km

O ile ze Świnoujścia wyjechaliśmy dość wcześnie, o tyle poranek w Kołobrzegu był już bardziej leniwy. Wyjechaliśmy po godzinie dziesiątej, kierując się w stronę kołobrzeskiej promenady i dalej na wschód. Muszę przyznać, że droga rowerowa prowadząca wzdłuż brzegu na wschód od Kołobrzegu jest bardzo widowiskowa. Z jednej strony wspaniały widok na otwarte morze, którego żywy kolor znacznie różni się od tego, do czego przyzwyczaiła mnie Zatoka Gdańska. Z drugiej widok na błotniste rozlewiska i bagienne zadrzewienia. Gdzieś na wysokości Bagicza napotkaliśmy rodzinkę dzików, co troszkę podniosło nam ciśnienie i oderwało od kontemplowania widoczków. W końcu chyba każdy wie, że w dobrym tonie jest unikanie lochy prowadzącej warchlaki. Wydając wszelkie możliwe dźwięki próbowaliśmy więc przepłoszyć szczeciniastą familię z bezpiecznego dystansu, jednakże skuteczne to było wyłącznie wobec maluchów. Locha zajęta obgryzaniem jakiegoś krzaczka miała nas „gdzieś”, ostatecznie przejechaliśmy więc bez żadnych przygód.

Ustronie Morskie – kolejna, wyjątkowo pusta miejscowość nadmorska. Widać jednak było przygotowania miejscowych restauratorów, a i w obiektach noclegowych dostrzegalni byli pierwsi goście. Podobnie było w Pleśnej i w Gąskach. Zupełnie inaczej było w Sarbinowie, które zaskoczyło nas sporym tłumem turystów. Była to pierwsza i jedyna miejscowość na trasie całej wyprawy, która tętniła życiem typowym dla letnich kurortów polskiego wybrzeża Bałtyku. W Sarbinowie postanowiliśmy zrobić przerwę na odpoczynek i ładowanie, co było możliwe dzięki gościnności Karoliny i Tomka ze „Słonecznej Sarbinówki”. W przemiłej atmosferze, rozmawiając przy kawie mogliśmy odpocząć przed dalszą drogą, dając czas naszym bateriom na możliwie pełne naładowanie.

Gdy już pożegnaliśmy gospodarzy „Słonecznej Sarbinówki”, ruszyliśmy dalej trasą szlaków EuroVelo 10 i EuroVelo 13 (na polskim odcinku oba te szlaki biegną wspólną trasą). Niedługo później osiągnęliśmy Mielno, by następnie dotrzeć do Łazów. Tu kolejny już raz odbiliśmy na północ aby objechać Jezioro Bukowo od południa. Nie chcieliśmy pchać się na grząskie i trudne tereny mierzei oddzielającej jezioro od morza, więc do Dąbków dotarliśmy nieco dłuższą, ale za to utwardzoną drogą prowadzącą przez Osieki, Wierciszewo i Bukowo Morskie. Na odcinku między Osiekami a Iwięcinem jechaliśmy asfaltową drogą dla rowerów, kolejny raz ciesząc oczy widokami wokół nas.

Niedługo przed godziną siedemnastą dotarliśmy do Darłowa, w którym zaplanowaliśmy obiad, a przy okazji ładowanie i postój. Trwająca około godziny przerwa pozwoliła na pełne doładowanie mojego monocykla, czego nie można było powiedzieć o rowerach. Darłowo było tylko półmetkiem trasy. Przez poranne lenistwo dojechaliśmy do niego w porze, która dzień wcześniej oznaczała finisz dziennego etapu. Mając przed sobą jeszcze 60 kilometrów do przejechania nie mogliśmy czekać na pełne naładowanie rowerowych baterii.

Z Darłowa ruszyliśmy w kierunku Jarosławca, by dalej odbić w stronę Łącka i przez Królewo, Złakowo i Zaleskie dotrzeć do Starkowa. Była już godzina dwudziesta, więc zachodzące słońce nie grzało już tak jak za dnia i wszystkim nam zrobiło się zwyczajnie zimno. W sprawnej jeździe nie pomagało także to, że w Maćka rowerze skończył się prąd, a cała ekipa była już zmęczona po całym dniu trasy. Im bliżej Ustki, tym nasza prędkość malała. Ostatecznie dotarliśmy na miejsce o godzinie dwudziestej pierwszej. Szczęśliwie udało się jeszcze zdążyć przed zamknięciem sklepu, więc niezagrożone było wieczorne piwko oraz coś do zjedzenia na kolację i śniadanie następnego dnia. Połowa drogi za nami.

Zapis trasy:
https://euc.world/tour/586760031641123
https://euc.world/tour/586763654672324

Dzień trzeci: Ustka – Brzyno, 127 km

Trzeci dzień rozpoczął się od odsłonienia rolet, aby… zobaczyć za oknem deszcz, padający pod kątem 45 stopni. Deszcz, wiatr i temperatura na poziomie 8-9 stopni to nie były warunki, które zachęcały do wyruszenia w trasę. Z drugiej strony w ekipie próżno by szukać ludzi, których przestraszyć mogą najgorsze nawet warunki pogodowe. Mimo tego, że dzień wcześniej obiecaliśmy sobie wcześniejszy wyjazd na trasę, także i trzeciego dnia ostatecznie wyjechaliśmy po godzinie dziesiątej. Już od samego początku deszcz dał nam nieźle w kość. Padając pod kątem, wzmocniony siłą wiejącego wiatru, wciskał się w każdą szczelinę odzieży. Pierwsze poddały się rękawiczki, przez co przemoczone dłonie szybko zaczęły odczuwać nieprzyjemny chłód.

Od Ustki wytyczona przeze mnie trasa wiodła tzw. szlakiem zwiniętych torów. Tym razem nie była to jednak asfaltowa droga dla rowerów, lecz zwykła leśna albo polna droga prowadząca od wschodniej granicy Ustki przez Zapadłe, pola na północ od Wytowna i Machowna, Bałamątek i dalej. Niestety, w warunkach padającego stale deszczu polna, nieutwardzona droga coraz częściej obfitowała w błoto, na którym ślizgały się koła rowerów i mojego monocykla. Szybki rzut okiem na mapę i… zmiana decyzji! Za Objazdą odbijamy w prawo, by dotrzeć do asfaltowej drogi do Gąbina.

Pogoda nie pozwalała się cieszyć znacznie lepszą nawierzchnią. Coraz bardziej przemoczeni i zziębnięci postanowiliśmy znaleźć miejsce, w którym będzie można odpocząć, ogrzać się i przy okazji doładować. Za Gąbinem skierowaliśmy się na północ, w stronę Garny Wielkiej, w której według Map Google miała znajdować się czynna oberża. Niestety, po dotarciu na miejsce zastaliśmy oberżę zamkniętą, więc nie zostało nam nic innego jak jechać dalej. Kolejne, szybkie wyszukiwanie w Mapach Google – tym razem szukamy stacji benzynowej, która leżałaby chociaż w pobliżu naszej trasy. Jest! Oddalona o 20 kilometrów stacja Orlen w miejscowości Klęcinko. Decyzja może być tylko jedna – nie ma co stać na deszczu i wietrze. Im szybciej dojedziemy do Klęcinka, tym lepiej. Dalsza trasa wiodła jednak gruntową, leśną drogą, która zalana deszczem nie pozwalała na rozwijanie większych prędkości bez ryzyka utraty równowagi i wywrotki. Dopiero po dziesięciu kilometrach, za Choćmierowem, wjechaliśmy na drogę nr 213, którą szybko dotarliśmy do stacji Orlen w Klęcinku.

Jeszcze nie zdarzyło się mi, aby na stacji Orlen odmówiono mi możliwości naładowania się. Na większych stacjach Orlen jest zresztą wydzielona część restauracyjna Stop Cafe, gdzie są stoliki i dostępne dla gości gniazdka z prądem. Ale jest wiele stacji Orlen w małych miejscowościach, gdzie takich miejsc zwyczajnie nie ma, bo nie pozwalają na to warunki lokalowe. Właśnie z tego powodu w Dziwnowie ładowaliśmy się z gniazdka umieszczonego w toalecie. Tym razem jednak obsługa stacji wykazała się nadzwyczajną gościnnością i chęcią pomocy. Nie tylko zrobili nam miejsce, w którym mogliśmy położyć i naładować baterie oraz mój monocykl, ale także uruchomili grzejnik na którym mogliśmy rozwiesić najbardziej przemoknięte części ubrań. Zakupiona na stacji kawa oraz hot-dogi pozwoliły zregenerować siły i rozgrzać się od środka. Pod koniec naszego pobytu na stację przyjechał jej właściciel, z którym ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. Chłopaki, jeszcze raz dziękujemy Wam za gościnność i udzieloną nam pomoc!

Na tej niezwykle przyjaznej stacji spędziliśmy prawie dwie godziny, co pozwoliło przygotować się do dalszej drogi. W międzyczasie przestało padać, co poprawiło nasze humory i pozytywnie nastawiało nas na dalszą część drogi. Najedzeni, podbudowani i osuszeni pożegnaliśmy się z przemiłą obsługą stacji po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Chcąc ominąć fragment drogi nr 213 skierowaliśmy się w stronę Główczyc, by dalej przez Ciemino, Rzuski Las i Rzuszcze ponownie wjechać na Szosę Słupską i dojechać nią do Wicka. Od Wicka można było pojechać nowo wybudowaną drogą dla rowerów, leżącą w ciągu drogi wojewódzkiej nr 214. My jednak skierowaliśmy się w stronę Charbrowa, by dopiero za tą miejscowością wjechać na wspomnianą drogę rowerową i nią dalej pognać już do Łeby. W Łebie zatrzymaliśmy się na obiad i ładowanie w porcie jachtowym, by po półtorej godziny ruszyć dalej.

Liczący nieco ponad czterdzieści kilometrów odcinek dzielący Łebę od Brzyna pokonaliśmy dobrej jakości drogami asfaltowymi. Sama jazda była przyjemna w porówbaniu z tym, czego doświadczyliśmy wcześniej. Jadąc przez Szczenurze, Sarbsk, Ulinię, Sasino i Kurowo dotarliśmy do Choczewa. Tu zrobiliśmy zakupy w miejscowym sklepie, jako że była to chyba ostatnia szansa na znalezienie czynnego sklepu – było już dobrze po godzinie dwudziestej. Krótkie zakupy, chwila na rozmowy z sympatycznymi przechodniami i ruszamy do celu dnia. Ostatecznie po kolejnych dziesięciu kilometrach, o godzinie dwudziestej pierwszej meldujemy się na miejscu. Dzień trzeci, który dał nam się najbardziej we znaki, za nami. Uff!

Zapisz trasy:
https://euc.world/tour/586791973512064

Dzień czwarty: Brzyno – Gdańsk, 112 km

Niedzielny poranek przywitał nas słońcem. To była miła odmiana względem tego, czym przywitał nas dzień poprzedni. Z analizy prognoz i map pogodowych wynikało jednak, że powinniśmy się liczyć z przelotnymi opadami i burzami na trasie ostatniego, czwartego odcinka wyprawy. Korzystną wiadomością była jednak ta, że przynajmniej na początku towarzyszyć nam będzie wiatr zachodni, wiejący w plecy. Także temperatura ma być o kilka kresek wyższa, szczególnie tam gdzie słońce nie będzie przykryte kłębiącymi się tu i ówdzie chmurami. Ostatni dzień według planu miał być też najkrótszym pod względem długości trasy do pokonania, więc tym razem zupełnie uczciwie mogliśmy sobie pozwolić na wyjazd o godzinie dziesiątej.

Niestety, dosłownie kilkaset metrów po starcie okazało się, że guma mocująca sakwy na rowerze Maćka spadła i wplątała się w koło, a jej metalowy hak zerwał jedną ze szprych. Akurat obok nas przejeżdżała grupa rowerzystów, którzy zaproponowali nam pomoc i możliwość skorzystania ze swojego serwisu. Widać było, że chłopaki to zawodowcy i przyjechali tu w konkretnym celu. Utrata jednej szprychy nie była wielkim problemem, więc nie chcieliśmy takim detalem przerywać im treningu. Podziękowaliśmy za ofertę pomocy i ruszyliśmy w drogę. Już od Wierzchucina odczuliśmy efekt zapowiedzianego prognozą, przyjaznego wiatru w plecy. Pomógł nam szybko i bez większego wysiłku dotrzeć do Krokowej, gdzie zatrzymaliśmy się przy pałacu, by zrobić krótką sesję fotograficzną. Chwilę później ruszyliśmy ku dawnej stacji kolejowej, gdzie obecnie swój początek ma wiodąca dawną linią kolejową rowerowa droga, łącząca Krokową ze Swarzewem. Ta dość malownicza trasa ma już swoje lata, co widać w usterkach asfaltowej nawierzchni. Mimo to jechało nam się bardzo przyjemnie, a co najważniejsze szybko. Już po dwóch godzinach od startu osiągnęliśmy Swarzewo, by następnie skierować się w stronę Pucka. Wokół nas piętrzyły się ciemne, burzowe chmury, a chwilami na naszych policzkach czuć było pojedyncze krople deszczu. Póki co jednak udawało nam się uniknąć opadów i mieliśmy nadzieję, że tak zostanie do końca. Z Pucka skierowaliśmy się w stronę Rzucewa, skąd po bardzo krótkim postoju ruszyliśmy dalej.

W pierwotnym kształcie trasa ostatniego dnia miała prowadzić przez Kosakowo, Gdynię oraz nadmorską drogę dla rowerów, wiodącą przez Sopot do Gdańska. Niestety, od pewnego czasu mam złe doświadczenia z jazdą po takich właśnie, popularnych trasach. Słoneczne, wolne od pracy dni ściągają na takie trasy „niedzielnych użytkowników”. Jadący na rowerach czy hulajnogach, zapominają o tym, że nie są sami, że na drodze obowiązują określone zasady ruchu. W efekcie ich zachowania bywają niebezpieczne i trudne do przewidzenia. Na takich trasach w weekendy częsty jest tłum, w gęstwinie którego trzeba mieć oczy wokół głowy. Dlatego już przed niedzielnym startem stwierdziliśmy, że zmienimy naszą trasę. Szybki telefon do Marcina „Dżimiego” i już wiemy – „Dżimi” zaprasza nas do siebie. To oznacza, że za Rzucewem nie jedziemy w stronę Kosakowa, lecz kierujemy się do Redy, przez Mrzezino i Połchowo.

Do Redy dotarliśmy po czternastej, cały czas szczęśliwie unikając deszczu. W Redzie przywitał nas „Dżimi” wraz z rodziną, a już od bramy czuć było zapach dobrze przyprawionych dań z grilla. Marcin słynie z wielu rzeczy, do których zaliczają się smakowite dania z grilla oraz fantastyczna kolekcja militariów. To właśnie muzealne wozy bojowe „Dżimiego” corocznie stanowią wielką atrakcję finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ciesząc dzieci i dorosłych możliwością przejażdżki po sopockiej plaży. Wizyta u dawno nie widzianych przyjaciół musi troszkę potrwać, więc gdy już przyszło nam się żegnać, wszyscy mieli baterie pełne prądu.

Przed nami pozostał ostatni odcinek do pokonania – trasa z Redy do Gdańska. Przez chwilę pojawił się pomysł, aby pokonać go zachodnim skrajem Trójmiasta, ostatecznie jednak postanowiliśmy powrócić przez miasto. Liczący niecałe 50 kilometrów etap poprowadził przez Rumię, Gdynię, Sopot i Gdańsk. Ostatecznie na finiszu całej wyprawy zameldowaliśmy się nieco ponad kwadrans przed godziną dwudziestą. Mój licznik zamknął się liczbą 481 przejechanych kilometrów, pokonanych w cztery dni. Na metę trafiliśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Udało się!

Zapis trasy:
https://euc.world/tour/586823507737076

Czas na wnioski

Dla mnie celem tej wyprawy było ostateczne sprawdzenie przed czterokrotnie dłuższą wyprawą, jaka czeka mnie już za niecały miesiąc. Tym razem będzie to wyprawa całkowicie samotna. Nie będę mógł liczyć na tak fantastyczne towarzystwo, ale będę mógł dostosować warunki jazdy wyłącznie do swoich potrzeb. Przygotowując się do tej wyprawy korzystałem z moich dotychczasowych doświadczeń, ważne dla mnie było jednak zweryfikowanie kilku rzeczy i stąd wziął się pomysł na czterodniową wyprawę, mającą charakter treningu i próby generalnej. Zależało mi także na sprawdzeniu swojej kondycji, szczególnie wobec pewnych „braków” spowodowanych przez marcowo-kwietniowe, koronawirusowe ograniczenia w swobodzie poruszania się.

Co się sprawdziło?

Po pierwsze przyjęty przeze mnie limit sześciu godzin jazdy dziennie okazał się dobrym kompromisem pomiędzy obciążeniem dla organizmu, a przejeżdżanym dystansem. W sześć godzin można średnio przejechać około 130 – 150 kilometrów. Odpowiednio częste, ale krótkie przerwy pozwalają na przywrócenie krążenia krwi w stopach. Dodając do tego dłuższe przerwy na ładowanie pozostaje jeszcze czas na to, by zwiedzić co ciekawsze miejsca mijane na trasie dziennego przejazdu. Oczywiście trzeba tylko pamiętać, aby nie wyruszać w trasę po dziesiątej…

Sprawdził się także model pakowania ekwipunku. Ten sprawdził się już zresztą w zeszłym roku, tym razem bardziej chodziło o próbę dalszej optymalizacji masy. Nie zabrakło niczego, nie było też rzeczy która nie okazałą się potrzebna. Mimo szczerych chęci, nie udało się zaoszczędzić zbyt wiele z masy. Mój plecak, spakowany na dwutygodniową wyprawę, nadal waży niewiele mniej niż osiemnaście kilogramów. W trasie trzeba to kompensować częstszymi przerwami na odpoczynek i mądrze zarządzać zmęczeniem organizmu.

Co wymaga zmiany?

Końcówka maja 2020 r. była dość chłodna. W trzecim dniu podróży dość solidnie przemokliśmy, ale i przemarzliśmy. W moim przypadku sprawdziły się – jak zawsze – spodnie i kurtka z membraną. Nieco gorzej wypadły buty. W tym roku kupiłem dokładnie takie same buty jakie doskonale sprawdzały się na deszczu w zeszłym roku. Pierwsza para po kilku miesiącach straciła jednak wodoodporność, co jest dość typowe dla intensywnie używanych butów z membraną. Niestety, kupiona raptem miesiąc temu nowa para z tego samego modelu okazała się nie być w pełni wodoodporna już od samego początku. To przykre, ale być może po solidnej impregnacji uda się chociaż w części zapobiec dalszemu przemakaniu.

Kompletnie nie sprawdziła się jazda w mokrych rękawiczkach. Co ciekawe, nie pierwszy raz jechałem w całkowicie przemoknięcych rękawiczkach i wcześniej nie miałem powodów do narzekania. To jednak były krótsze okresy deszczu, wiatr był słabszy, a temperatura znacznie wyższa. Tym razem było dużo chłodniej, wiatr był silny, opady trwały dłużej. Dlatego na kolejną wyprawę zabiorę ze sobą nieprzemakalne rękawiczki z gumy, nitrylu lub grubszej folii, które będę mógł założyć na wierzch. Takie doraźne rozwiązanie na pewno pozwoli zachować suchość i ciepło dłoni na czas jazdy w deszczu.

Do zmiany są także wkładki w butach, ale to akurat było dla mnie oczywiste już od samego początku. Dobre wkładki w butach to klucz do sukcesu długiej trasy. Dotąd dobierałem wkładki spośród gotowych modeli, znalezionych na półkach sklepów sportowych. Tym razem zamierzam spróbować nieco innego podejścia – skorzystać z pomocy specjalistów z Centrum Biomechaniki Chodu w celu doboru indywidualnych wkładek, dostosowanych do specyfiki moich stóp oraz uprawianej przeze mnie aktywności.

Na koniec

Chcę gorąco podziękować wszystkim osobom i firmom, które w różny sposób pomogły mi w udanym zakończeniu tej wyprawy. W pierwszej kolejności chciałbym podziękować mojej żonie Kasi oraz córkom – Julce i Zosi. Dziewczyny, dzięki Wam najprzyjemniejszą trasą jest zawsze ta, której finiszem jest dom. Podziękować chcę także Oli i Maćkowi za to, że po raz kolejny udało mi się ich namówić na wspólną wyprawę. Wyprawa w towarzystwie prawdziwych przyjaciół to zawsze wyjątkowe i niezapomniane przeżycie. Dziękuję także Krystianowi za wsparcie logistyczne na starcie i finiszu wyprawy. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy kibicowali nam śledząc postępy trasy w serwisie EUC World. Wasze ciepłe myśli dbały o to, by szczęście przez cały czas towarzyszyło nam na szlaku.

Dziękuję załodze stacji benzynowej Orlen w Dziwnowie, a w szczególności załodze stacji Orlen w Klęcinku za wyjątkową gościnność i zaangażowanie. Podziękowania kieruję także do baru „Rarytas” w Darłowie oraz restauracji „Tawerna” w porcie jachtowym w Łebie. W obu tych miejscach mogliśmy zjeść, jednocześnie ładując baterie naszych pojazdów. Osobne podziękowania należą się dla Karoliny i Tomka ze „Słonecznej Sarbinówki” oraz dla Marcina „Dżimiego” z rodziną. Poczęstunek i możliwość naładowania baterii była tylko dodatkiem do przyjemności spotkania się z Wami na trasie naszej podróży.

Już za trzy tygodnie podejmę największe jak dotąd wyzwanie w mojej historii podróży na jednym kole. Wiem, że będzie to najtrudniejsza wyprawa. Mimo to jestem dobrej myśli, a doświadczenia tych czterech dni jazdy pozwalają mi spokojniej podchodzić do czerwcowej wyprawy. Jak ostatnim razem, tak i teraz jej przebieg będzie można śledzić w czasie rzeczywistym na mapie serwisu EUC World. Codziennie znajdą się także relacje na Facebookowym profilu „Na jednym kole – Elektryczne monocykle”. Do zobaczenia niebawem!