fbpx

Jadę z Gdańska do Elbląga. 70 km na jednym kole.

Drugi weekend lutego uraczył pogodą, której nie można było zmarnować. Wybrałem się więc w podróż z Gdańska do Elbląga na elektrycznym monocyklu King Song KS-18XL.


Pomysł podróży z Gdańska do Elbląga urodził się w mojej głowie zupełnie spontanicznie. Prognozy serwisu meteoprog.pl zapowiedziały na drugi weekend lutego pogodę bliższą wiośnie niż zimie. Temperatura powyżej pięciu stopni, brak opadów w ciągu dnia i stosunkowo niewielki wiatr z południa. Nic, tylko pakować się na kółko i w drogę! Byłem już za Gdynią, w Bytowie, Kościerzynie, Starogardzie Gdańskim, Pelplinie, Tczewie. Z większych miast osiągalnych „na raz” został Malbork i Elbląg. Nie bez znaczenia był także fakt, że chciałem jak najszybciej zacząć przygotowania kondycyjne do letniej wyprawy przez Polskę. Ponadto każde doświadczenie zdobyte do tego czasu będzie na wagę złota.

Droga do Malborka to w większej części powtórzenie drogi do Tczewa. Tą zjeździłem już kilka razy tak na kółku, jak i na rowerze. Kolejny raz średnio mi się widział. Naturalnym celem kolejnej wycieczki wydał się więc Elbląg, odległy o około 70 kilometrów. Tu mnie jeszcze nie było, ani na jednym, ani na dwóch kółkach. Wyprawa w sam raz na ciągle jeszcze krótki, jeden lutowy dzień.

Grunt to dobry plan!

Jak zawsze przed wyjazdem poza miasto, trasę wyznaczyłem za pomocą aplikacji Komoot. To naprawdę świetne rozwiązanie dla cyklistów, bez względu na ilość kółek i rodzaj ich napędu. Komoot to temat, któremu chcę poświęcić zupełnie osobny artykuł. Teraz napiszę tylko, że jest to aplikacja do planowania trasy i do nawigacji, dedykowana dla wszelkiej maści cyklistów – szosowych, turystycznych jak i górskich. Najpierw planujesz trasę (np. w przeglądarce internetowej), później korzystasz z aplikacji mobilnej do nawigowania po zaplanowanej trasie.

Niestety, Komoot w swojej superfajności nie jest idealny. Oparty na danych ze społecznościowej bazy OpenStreetMap nie wie, że prom na Wiśle między Świbnem a Mikoszewem jest nieczynny między październikiem a kwietniem. Wyznaczył więc trasę, która naprawdę świetnie nadaje się na rowerową przejażdżkę… ale wiosną lub latem. Szczęśliwie dzień przed wyruszeniem w trasę spotkałem Łukasza. To zapalony rowerzysta, obieżyświat, wręcz cyklista-hardkorowiec, a prywatnie kolega z pracy. Łukasz także lubi wyprawy w teren i na swoim dwukołowym połykaczu dętek regularnie zwiedza bliższe i dalsze okolice, w kraju i za granicą. Zwrócił mi uwagę na to, że zimą prom nie kursuje, oszczędzając mi niespodzianki jaka czekałaby na mnie w Świbnie. Zmodyfikowałem więc trasę w taki sposób, aby przekroczyć Wisłę mostem w ciągu starej drogi nr 7. A najlepsze jest to, że wcześniej szukałem informacji o kursowaniu promu… Starość, k…, starość.

Nowy kask, nowa mapa

Trasa do Elbląga była pierwszą okazją by przetestować kask „full face” Fox Rampage Pro Carbon z zamontowanym kaskowym zestawem Bluetooth Sena 10S. Dotychczas korzystałem z kasku Fox Metah, który pod prawie każdym względem jest świetny, ale ma jeden minus – nie zabezpiecza zębów i nosa w razie upadku twarzą na glebę. Na codzienne dojazdy do pracy, znaną drogą o dobrej nawierzchni jest w sam raz. Na dłuższe trasy wolałbym jednak lepszą ochronę. Oba kaski oraz zestaw Sena 10S opiszę w osobnych artykułach. W skrócie – kask oraz zestaw wypadły świetnie i są warte polecenia. Minus kasku „full face” jest taki, że nie da się już pić prosto z butelki, termosu albo puszki. Albo jazda, albo chlanie.

Podróż do Elbląga była także szansą aby przetestować mapę, na której możesz zobaczyć ostatnią z moich tras lub śledzić na żywo postęp tej trasy, w której akurat jestem. Mapa powstała głównie z myślą o czerwcowej wyprawie z północy na południe Polski. Inicjatorem jej powstania był kolega, który stwierdził, że fajna byłaby relacja z wyprawy w formie mapy odświeżanej na żywo. Byłaby to także informacja dla innych monocyklistów, którzy w ten sposób mogliby odnaleźć mnie na trasie wyprawy i dołączyć chociaż na chwilkę. Ta właśnie mapa i chęć jej sprawdzenia spowodowały, że zamiast o godzinie 10:00 wyjechałem ostatecznie o 11:00. Nauczka na przyszłość – nie robić poprawek w kodzie na ostatnią chwilę i nie zakładać, że skoro zmiany były kosmetyczne, to na pewno wszystko działa i testować nie trzeba.

Wyruszam w trasę

Gdy już rozwiązałem w sumie błahy problem z działaniem mapy, mogłem ruszyć w drogę. Pogoda odpowiadała prognozie – słońce, lekki wiatr i ciepło jakby to był marzec a nie luty. W początkowym etapie trasa wiodła doskonale znanymi drogami – przez Borkowo, Rotmankę i Pruszcz Gdański. Ten odcinek to także początkowy fragment drogi do Tczewa, jak już pisałem bardzo dobrze mi znany. Na szczęście tylko do miejscowości Grabiny Zameczek, w której chcąc jechać do Tczewa skręca się w prawo. Ja pojechałem w kierunku Cedrów Wielkich. Aby unikać ruchliwych dróg, w Cedrach pojechałem prosto, by przez Leszkowy i Kiezmark dotrzeć bezpośrednio do mostu na Wiśle. Mówię tu o starym moście, który po otwarciu drogi ekspresowej S7 stracił na znaczeniu. Dawna „siódemka” to kiedyś jedna z najbardziej ruchliwych i niebezpiecznych polskich dróg. A dzisiaj? Pozostałe jej odcinki świecą pustkami, a sama droga pełni funkcję drogi lokalnej.

Dawna krajowa „siódemka” na odcinku między Nowym Dworem Gdańskim a Elblągiem. Kiedyś jedna z najruchliwszych i najbardziej niebezpiecznych dróg, dzisiaj świeci pustkami i jest oazą spokoju.

Wisła

Przy wjeździe na most niespodzianka. Okazało się, że jezdnia została zawężona betonowymi barierami. Są dwa wąskie pasy, ale znanego z dawnych czasów pobocza nie ma. Na szczęście po lewej stronie barier pozostawiony był pas o szerokości około 1,5 metra, którym spokojnie przejechałem na drugą stronę. Za mostem, w miejscowości Dworek, przejechałem na północną stronę drogi S7 i dalej już spokojnie jechałem w stronę Nowego Dworu Gdańskiego.

Tutaj chcę wspomnieć o jednej rzeczy, która w tej trasie okazała się bardzo istotna. Po minięciu Pruszcza Gdańskiego, gdy wyjechałem na żuławskie równiny, wiatr przybrał na sile. Pechowo dla mnie wiatr wiał z południowego wschodu, więc jazda takim „bajdewindem” (a miejscami „wmordewindem”) była niemałym wyzwaniem. Dodatkowo każde mijane drzewo na chwilę osłaniało mnie przed wiatrem, co powodowało efekt znany każdemu kierowcy, mijającego ekran akustyczny przy drodze. Nie było to oczywiście jakimś wielkim problemem, ale wymagało większej uwagi i kontroli balansu ciała, było też bardziej męczące.

Odpoczynek w Nowym Dworze Gdańskim

Nowy Dwór Gdański to miejscowość nieco za połową całej trasy. Tu mogłem dopompować koło na stacji Orlen, gdyż zbyt niskie ciśnienie powodowało denerwujące i niebezpieczne dobijanie opony do obręczy na każdym progu, dziurze czy nawet niewielkim krawężniku. Po dopompowaniu koła do ciśnienia 2,5 bar podjechałem do sąsiedniej restauracji McDonalds odpocząć, przekąsić co nieco, wypić kawę i przy okazji doładować kółko. Wówczas nie wiedziałem, że to „przy okazji” będzie miało kluczowe znaczenie dla powodzenia całej wyprawy. No, ale o tym za chwilkę.

Kościół parafialny św. Jadwigi Królowej w Kmiecinie. Charakterystyczny szeroki podcień otaczający dolną kondygnację wieży – rzadko spotykany element architektoniczny na Pomorzu.

Po nieco ponad półgodzinnym odpoczynku ruszyłem w dalszą trasę. Ta wiodła już w całości albo starą „siódemką”, albo łączącymi jej dawne odcinki drogami lokalnymi. W większości jednak była to szeroka i prawie zupełnie nie uczęszczana droga, często z bardzo szerokim poboczem. Za miejscowością Jazowa pobocze to zostało nawet oznaczone jako droga dla rowerów. Tak czy tak jechało się komfortowo. Gdyby tylko nie ten wiatr…

Przed Elblągiem

Kawałeczek za miejscowością Kazimierzowo pojawił się pierwszy sygnał rozładowanej baterii. Cofnięcie pedałów znane jako „tiltback” oznaczało, że ilość energii w akumulatorze nie pozwala już na co bardziej energiczne manewry i szybką, a więc energochłonną jazdę. Taki „tiltback” to jak „rezerwa” w samochodzie – oznacza niewiele kilometrów pozostałego zasięgu. Mając przed sobą zabudowania Elbląga postanowiłem jednak nie szukać miejsca do ładowania, lecz dojechać do celu podróży czyli do dworca kolejowego w Elblągu.


Z prędkością około 20 km/h ruszyłem więc dalej, przez Zawodzie i Wyspę Spichrzów. Do dworca dojechałem już „na oparach” i przy akompaniamencie powtarzających się co chwila ostrzeżeń „Please decelerate”. Szczęśliwie nie musiałem czekać długo na pociąg do Gdańska, a dzięki miłej pani w kasie biletowej otrzymałem bilet z rezerwacją miejsca w ostatnim, najmniej zapełnionym wagonie i miejscem przy korytarzu (najmniej problemu z noszeniem kółka). Złociutka, ma Pani u mnie wirtualnego buziaka w ramach całkiem realnej wdzięczności 🙂

„Zdeklasowana jedynka” to w żargonie wagon pierwszej klasy, przemianowany taką oto kartką na wagon drugiej klasy. Czyli za cenę drugiej klasy jedziesz pierwszą tylko dlatego, że np. PKP nie miały wolnych wagonów drugiej klasy aby zestawić skład tudzież użyło wagonu „starego, ale jarego”.

Do tego wszystkiego wagon okazał się zdeklasowaną „jedynką”, ostatecznie więc do Gdańska wróciłem w bardzo wygodnych warunkach. W Gdańsku energii w akumulatorze zostało na tyle, aby dojechać do najbliższego auta na godziny. Gdy do niego wsiadłem, akurat zaczął padać deszcz. Chwilę później byłem już w domu – cały, zdrowy, suchy i zadowolony z sukcesu wyprawy.

Skąd ten zasięg na styk?

W trakcie całej wyprawy miałem aktywną aplikację WheelLog, która na bieżąco monitoruje parametry monocykla, a także rejestruje szczegółowe parametry jego pracy. Używam jej jako „czarnej skrzynki”, która gromadzi dane abym później mógł jarać się różnymi statystykami, wykresami i tabelkami. Z tego powodu nie zaglądałem do niej, nie miałem więc wglądu w zużycie energii z akumulatora. Wiedziałem oczywiście, że jazda z prędkością 30 – 35 km/h pod wiatr będzie konsumowała watogodziny jak pelikan rybki. Zakładałem, że energii wystarczy na styk, ale bez ładowania po drodze. Nie wiedziałem jednak, że apetyt pelikana będzie aż tak duży.

Jak się okazało już w domu ze „statystyk, wykresów i tabelek”, w momencie gdy zajechałem do McDonaldsa w Nowym Dworze Gdańskim pozostało mi około 12 % energii w akumulatorze. 12 % energii po przejechaniu 44 kilometrów i z baterią o pojemności prawie 1600 Wh! Wyszło na to, że gdyby nie to półgodzinne ładowanie w McDonalds’ie, to Elbląg mógłbym sobie co najwyżej pooglądać z daleka. Wytłumaczenie jest banalne – szybka jazda pod wiatr, połączona z niską temperaturą otoczenia i sporą powierzchnią czołową jeźdźca. Te czynniki razem do kupy spowodowały, że energia zużywana była nawet o 50 % szybciej niż przy wolniejszej jeździe w bezwietrzny, letni dzień.

Wnioski na przyszłość

  1. Ładuj akumulator przy każdej nadarzającej się okazji. Odpoczywasz? Jesz? Znajdź wolne gniazdko i podłącz kółko do ładowania. Masz dobry czas na trasie? Odpocznij i podłącz kółko do ładowania. Zawsze lepiej jest mieć więcej prądu niż mniej, a nigdy nie wiadomo kiedy uda się znaleźć kolejną okazję do ładowania.
  2. Restauracja McDonalds to świetne miejsce na ładowanie, odpoczynek, kawę czy posiłek. Nie jestem zwolennikiem fast foodów, ale okazjonalna wizyta nikomu nie zaszkodzi. Za to zawsze można zająć miejsce przy oknach, gdzie jest gniazdko pod stolikiem. Można się spokojnie doładować, dać nogom i stopom odpocząć, a zamówione przy samoobsługowej kasie jedzenie obsługa dostarczy do stolika. Miło, spokojnie i bez wyganiania klienta „bo już zakończył konsumpcję.
  3. Nie spiesz się, jeśli nie musisz. Mniej czasu poświęcisz na nieco wolniejszy przejazd, który bardziej optymalnie wykorzysta energię zgromadzoną w akumulatorze, oszczędzając Ci konieczności doładowania. Zysk z szybkiej jazdy zniweluje bowiem strata czasu na ładowanie. Jazda z prędkością 35 km/h wymagała mocy 700 W, podczas gdy jazda z prędkością 20 km/h wymagała tylko 300 W. To daje zużycie odpowiednio 20 Wh/km i 15 Wh/km – różnica jest spora. Oczywiście jazda z prędkością 20 km/ to w trasie ślimacze tempo, ale trzymanie się zakresu od 25 do 30 km/h to w efekcie kilka lub nawet kilkanaście kilometrów zasięgu więcej.
  4. Przygotuj się dzień wcześniej, a w dniu wyjazdu ruszaj możliwie wcześnie. Gdzieś w głowie brałem pod uwagę to, że Elbląg nie będzie ostatecznym celem. Zastanawiałem się nad tym, aby w Elblągu zrobić dłuższą przerwę na doładowanie i dzień zakończyć zdobyciem Malborka. Czego mi zabrakło? Dłuższego dnia (w lutym?!) albo czterech godzin które straciłem rano. Do Elbląga wjechałem o godzinie 14:30. Gdybym wyjechał o siódmej rano zamiast o jedenastej, w tym samym miejscu byłbym o 10:30. Mógłbym zatrzymać się na trzy godzinki w pobliskim Zajeździe Żuławy, doładowując kółko na resztę drogi do Malborka. O 13:30 byłbym gotowy do dalszej drogi, by ostatecznie do Malborka wjechać przed godziną szesnastą.

Ostatecznie wyprawa się udała, a ja jestem bardzo zadowolony. Dokładnie 69,5 km przejechane – 2 godziny i 38 minut w ruchu, 3 godziny i 45 minut ogółem. Szczególnie cieszy mnie to, że kondycyjnie byłem gotowy na znacznie więcej. Zawdzięczam to regularnym, zimowym dojazdom do pracy praktycznie bez względu na pogodę (tylko szklanka na drogach i tydzień grypy były w stanie mnie pokonać). Potwierdza się jednak, że nie tylko można, ale i warto jeździć w zimie. Pozwala to zachować formę i wejść w sezon w sposób, który bez kontuzji i przemęczenia umożliwi jak najwcześniejsze podejmowanie wyzwań długich tras. Bo przecież wszyscy czekamy na wiosnę, prawda?