Ponad 2000 km szlakiem Green Velo

Jeżeli jesteś moim wiernym czytelnikiem, to pamiętasz zapewne moją zeszłoroczną wyprawę z północy na południe Polski. Wówczas w ciągu siedmiu dni przejechałem ponad 850 kilometrów na jednym kole elektrycznego monocykla King Song KS-18XL. Podróż która zaczęła się w sercu Gdańska, oficjalnie zakończyła się w Pieninach,m na granicy polsko-słowackiej w Sromowcach Wyżnych. Nieoficjalnie nieco dalej, gdyż po osiągnięciu założonego celu czekał mnie jeszcze dojazd do hotelu w Szczawnicy. W sumie przejechałem więc ponad 850 kilometrów i na finiszu wyprawy wiedziałem, że w kolejnym roku znowu wyruszę na daleką trasę. Nie wiedziałem tylko gdzie…

Ziutek

Tak naprawdę wszystko przez Ziutka. Poznaliśmy się w zeszłym roku, gdy wraz z rodziną i przyjaciółmi gościłem na Podlasiu. Tam poznałem nowego, wyjątkowego kumpla. Już pierwszego dnia pobytu wpadł w odwiedziny, okazując się naprawdę równym gościem. Nie powinno dziwić, że bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy. Ja z kieliszkiem Podlaskiego specjału, Ziutek zagryzający paróweczki – tak wyglądał nasz codzienny rytuał. Gdy po dwóch tygodniach czekał mnie powrót z Podlasia do Gdańska, Ziutek szykował się do dalekiej wyprawy na północ Afryki. W chwili naszego pożegnania wiedziałem, że w następnym roku wrócę na Podlasie by spotkać się z Ziutkiem ponownie. Tak właśnie urodził się plan przejechania szlakiem Green Velo. Miałem tylko nadzieję, że Ziutek bezpiecznie wróci ze swojej wyprawy. Całą zimę myślałem o mojej nowej wyprawie i Ziutku, któremu życzyłem bezpiecznego powrotu do domu.

Nadeszła wiosna i 5 kwietnia Ziutek wrócił szczęśliwie do domu ze swojej wielkiej wyprawy. To oznaczało, że teraz kolej na mnie. Na dopięcie wszystkiego, co potrzebne by wyjechać w trasę mojej wielkiej wyprawy. Na spotkanie Ziutka i całego szlaku Green Velo.

Szlakiem Green Velo

Już za kilka dni, 19 czerwca wysiądę z pociągu w Opocznie by wskoczyć na moje kółko i ruszyć w stronę Końskich, gdzie wjadę na szlak najdłuższego, polskiego szlaku rowerowego Green Velo. Pokonanie całego szlaku o długości prawie 2000 km zajmie mi w sumie piętnaście dni, po których zamierzam dotrzeć do zachodnich przedmieść Elbląga, gdzie znajduje się koniec szlaku a jednocześnie oficjalna meta wyprawy. Podobnie jednak jak w zeszłym roku, tak i teraz osiągnięcie mety nie oznacza końca wyprawy – zostanie mi jeszcze kilkadziesiąt kilometrów jazdy do Gdańska, do domu. Cała trasa według mapy wymagała będzie przejechania 2035 kilometrów. W praktyce wyjdzie pewnie coś około 2200 kilometrów.

Ponad 2000 km w 15 dni

Pokonanie ponad 2000 kilometrów w nieco ponad dwa tygodnie będzie niemałym wyzwaniem. Tym razem nie będę miał też żadnego stałego towarzystwa. Niestety, moja wyprawa nie dała się pogodzić z planami i obowiązkami Oli i Maćka. We wszystkim jednak trzeba dostrzegać jakieś plusy. Chyba jedynym jest to, że będę mógł utrzymać własne tempo jazdy, co przełoży się na większą średnią prędkość i większy dystans przejeżdżany w krótszym czasie. W kontekście kilkunastu dni jazdy, każda godzina ma znaczenie dla obciążenia mięśni i stawów. Mimo szczerych chęci i wielu prób nie udało mi się odchudzić plecaka względem zeszłego roku. Oznacza to, że każdy dzień to średnio sześć godzin balansowania na niewielkich podnóżkach monocykla, z dwudziestoma kilogramami ekwipunku – większość trafi do plecaka, reszta znajdzie się w torbie biodrowej.

Plan trasy

Wyprawa składać się będzie z dwóch etapów. Pierwszy jest dłuższy, bo trwać będzie osiem dni i wymagał będzie przejechania 1133 kilometrów. Następnie czekał mnie będzie jeden dzień odpoczynku, a przede wszystkim spotkanie z Ziutkiem. Pierwszy etap będzie także najbardziej wyczerpujący. Osiem dni jazdy pod rząd, średnio 142 km jazdy dziennie. To właśnie w pierwszych dniach chcę wykorzystać przewagę, jaką daje wypoczęte ciało. Po tygodniu jazdy zmęczenie, ból stóp, nóg i pleców pozbawi mnie tego komfortu, a jeden dzień przerwy nie pozwoli na poważniejszą regenerację i odpoczynek. Właśnie dlatego drugi etap wyprawy przewiduje krótsze dzienne dystanse. Zostanie mi przejechanie „jedynie” 902 kilometrów w siedem dni, co oznacza średni dzienny dystans 129 km. Nie jest to wielka różnica, ale zawsze różnica.

To wszystko to oczywiście tylko plan, który ostatecznie zweryfikują realia trasy. Wielką nieznaną jest pogoda na trasie. Gdy będzie padać, niektóre nieutwardzone odcinki trasy mogą zamienić się w błoto. Jego przejechanie czy to na jednym, czy to na dwóch kołach może być trudne i skutkować poślizgiem, a w konsekwencji upadkiem. Samego deszczu się nie boję, bo i ja i moja „Ikselka” często jeździliśmy godzinami w strugach deszczu. Ba, zdarzyła się i trasa podczas której piorun uderzył raptem 300 metrów dalej. Skończyło się na strachu, ale przekonałem się, że ani intensywny deszcz, ani spowodowany wyładowaniem impuls elektromagnetyczny nie przeszkadzają mojemu kółku wieźć mnie bezpiecznie do celu. Nie powinno więc dziwić, że King Song KS-18XL to monocykl bardzo chętnie używany przez monocyklistów-długodystansowców. To właśnie na tym kółku Monsieur Flex przejechał trasę z Francji do Chin, oczywiście zahaczając o Polskę gdzie spotkał się z tradycyjną, polską gościnnością. Gdyby nie pandemia koronawirusa i zamknięcie granic, Monsieur Flex kończyłby właśnie swoją wielką wyprawę dookoła świata. Boję się też głębokiego, sypkiego piachu na odcinkach leśnych dróg, rozjeżdżonych przez ciężki sprzęt leśników. Z drugiej strony to właśnie różne trudności na trasie dodają jej smaku i pozwalają się cieszyć ich pokonaniem.

Tak jak w zeszłym roku, tak i w tym trasę zaplanowałem na początek wakacji. To bowiem oznacza, że do dyspozycji będę miał dni z największą ilością światła dziennego. To także większa pewność na ciepło, które pozwoli zabrać minimum potrzebnej odzieży. Ze sobą zabieram trzy komplety bielizny. Jeden będę miał na sobie, drugi będzie na zmianę, trzeci w rezerwie. Odchudzanie plecaka z odzieży oznacza więc, że po każdym dniu jazdy czekało mnie będzie pranie. Niedawna wyprawa ze Świnoujścia do Gdańska pozwoliła uzupełnić posiadane już doświadczenia o nowe. Mam więc nadzieję, że pod względem logistycznym nie będą mnie czekać większe niespodzianki. Na całej trasie mam już zapewniony dach nad głową, ciepłe łóżko, prysznic i gniazdko do naładowania baterii. Nic więcej mi w zasadzie nie trzeba.

Nie zamykajmy UTO w mieście

Moja wyprawa to nie tylko osobiste wyzwanie i chęć poznawania historii, kultury i krajobrazu mojej ojczyzny . To także wola pokazania, że nowoczesne urządzenia transportu osobistego nie są zabawkami. Chciałbym, aby wyprawa stała się dowodem na to, że UTO mogą być z powodzeniem wykorzystane do uprawiania turystyki na szlakach rowerowych. Niekoniecznie na tak długich trasach jak moja, bo przecież wiele łatwych, ciekawych krajobrazowo i krajoznawczo tras znajduje się tuż za miastem. Sęk w tym, że wiele z nich prowadzonych jest po drogach publicznych. Wiejskich, szutrowych, mało uczęszczanych, ale jednak drogach publicznych. Co ważne, drogach którym nie towarzyszą drogi lub pasy ruchu dla rowerów ani chodniki. Drogach, którymi prowadzi się ruch rowerów i pieszych, bo przecież trudno mówić o trasie turystycznej bez turystów. Tymczasem projektowane przepisy mające już niebawem uregulować ruch urządzeń transportu osobistego arbitralnie wykluczają możliwość poruszania się UTO na takich właśnie szlakach. Mam nadzieję, że twórcy nowego prawa dostrzegą to zagadnienie i nie zamkną UTO w granicach obszaru zabudowanego. Wcale nie chodzi o to, aby na ruchliwych drogach między samochodami pojawili się hulajnogiści czy monocykliści. Na tych drogach i samochodów jest już za dużo. Chodzi o to, aby nie zabraniać wjazdu UTO na te drogi, które z racji braku towarzyszącej infrastruktury pieszo-rowerowej, mając status drogi gminnej czy powiatowej służą w dużym stopniu pieszym i rowerzystom. A to właśnie szlak Green Velo w sporej części wytyczony jest takimi drogami.

Podziękowania

Przede wszystkim dziękuję mojej rodzinie i przyjaciołom za wsparcie, pomoc i kibicowanie mojej wyprawie. Bez tego nawet nie myślałbym o ruszaniu w drogę – kochani, jesteście wielcy. Dziękuję także Ryszardowi Dworzeckiemu z wrocławskiej firmy Eunicycles.eu za wydatną pomoc w technicznym przygotowaniu mojego monocykla do tej wyprawy. To już druga wyprawa, która odbywa się dzięki pomocy firmy Eunicycles.eu, będącej autoryzowanym przedstawicielem, dystrybutorem i serwisem monocykli King Song. W ofercie mają także monocykle Gotway oraz Inmotion.

Do zobaczenia na szlaku!

Tradycyjnie już moje postępy w trasie będzie można śledzić na żywo na mapie serwisu EUC World. Znajdziesz mnie na głównej stronie wśród czerwonych ikon, oznaczających monocyklistów będących aktualnie w trasie. Możesz także pójść na skróty – za każdym razem gdy klikniesz ten link, odeśle Cię on do mapy na której znajdziesz moją ostatnią, albo trwającą właśnie trasę. Będę starał się też codziennie i na bieżąco relacjonować przebieg wyprawy na Facebookowym profilu „Na jednym kole – Elektryczne monocykle”. O ile moja wyprawa jest podróżą samotną, to nic nie stoi na przeszkodzie aby na jej trasie mogli dołączyć do mnie inny monocykliści. Tak więc jeśli chcesz mnie spotkać na trasie, chwilę porozmawiać, przejechać wspólnie kilka lub kilkadziesiąt kilometrów – zapraszam! Będzie mi bardzo miło spotkać nie tylko monocyklistów, ale każdego kto kibicuje mojej wyprawie. Jak zawsze, kluczem do sukcesu wyprawy jest możliwość doładowania akumulatora. Jeśli mieszkasz lub pracujesz w pobliżu mojej trasy i możesz udostępnić mi gniazdko z prądem, będę szczerze zobowiązany. Jeśli znasz miejsca, w których mógłbym spokojnie doładować akumulator kółka, także będę wdzięczny za taką informację. Dziękuję także za wszystkie ciepłe myśli i życzenia powodzenia. Do zobaczenia na szlaku!